W samym środku burzy: Moja droga przez rodzinne sekrety i złudzenia
– Anna, podaj mi sól – głos ojca przeszył ciszę jak nóż. Siedzieliśmy przy stole w naszym starym mieszkaniu na Pradze, ale wszystko było inne. Po lewej stronie ojca siedziała ona – Małgorzata. Nowa żona mojego ojca. Kobieta, która próbowała zająć miejsce mojej mamy, jakby to było najprostsze na świecie. Mama wyjechała do siostry do Gdańska po tym, jak dowiedziała się o zdradzie. Ja zostałam z ojcem i jego nową rodziną, bo nie chciałam opuszczać Warszawy, szkoły, przyjaciół…
– Anna, słyszysz mnie? – powtórzył ojciec, a ja poczułam, jak w gardle rośnie mi gula.
Podałam mu sól, nie patrząc mu w oczy. Małgorzata uśmiechnęła się do mnie sztucznie, jakbyśmy były koleżankami z pracy, a nie dwiema kobietami uwięzionymi w jednym domu przez decyzje kogoś trzeciego.
– Aniu, może pomogłabyś mi po kolacji zmyć naczynia? – zaproponowała Małgorzata.
– Nie mam ochoty – rzuciłam i wstałam od stołu. Ojciec spojrzał na mnie z wyrzutem.
– Zachowuj się jak dorosła – powiedział cicho.
Ale ja nie chciałam być dorosła. Chciałam wrócić do czasów, gdy mama śpiewała mi kołysanki i piekła szarlotkę w niedzielę. Chciałam znów czuć się bezpieczna.
W moim pokoju zadzwonił telefon. Błażej – mój chłopak od dwóch lat. Miał być moją przystanią w tym chaosie.
– Hej, Anka. Spotkamy się dziś? – zapytał.
– Nie wiem… Nie mam siły na ludzi – odpowiedziałam szczerze.
– Może właśnie dlatego powinnaś wyjść z domu? – próbował mnie przekonać.
Zgodziłam się. Potrzebowałam oddechu.
Spotkaliśmy się na moście Śląsko-Dąbrowskim. Błażej przytulił mnie mocno.
– Co się dzieje? – zapytał.
Opowiedziałam mu o kolacji, o Małgorzacie, o tym, jak bardzo tęsknię za mamą i jak bardzo nienawidzę tego wszystkiego.
– Może powinnaś pojechać do mamy? – zaproponował delikatnie.
– Nie mogę. Nie chcę zostawiać ojca samego…
– Ale on już nie jest sam – zauważył Błażej gorzko.
Wróciłam do domu późno. W korytarzu czekała na mnie Małgorzata.
– Aniu, wiem, że to dla ciebie trudne… Ale ja naprawdę nie chcę cię zastępować twojej mamy. Chcę tylko, żebyśmy spróbowały się dogadać.
Nie odpowiedziałam. Przeszłam obok niej do swojego pokoju i zamknęłam drzwi.
Następnego dnia w szkole nie mogłam się skupić. Wszystko wydawało się bez sensu. Nawet rozmowy z przyjaciółką, Kasią, nie pomagały.
– Może powinnaś pogadać z psychologiem szkolnym? – zaproponowała Kasia.
– Nie jestem wariatem – odburknęłam.
Ale wieczorem zaczęłam się zastanawiać: może rzeczywiście potrzebuję pomocy?
Kilka dni później znalazłam w szufladzie ojca listy. Stare listy od mamy do niego. Pisała o swoich lękach, o tym, że czuje się niewidzialna, że boi się utraty rodziny. Czytał je w ogóle? Czy w ogóle próbował ją zrozumieć?
Wtedy zadzwoniła mama.
– Aniu, jak się trzymasz? – zapytała cicho.
Nie wytrzymałam. Rozpłakałam się do słuchawki.
– Mamo, ja nie daję rady…
– Wiem, kochanie. Ale pamiętaj: to nie twoja wina. Dorośli czasem popełniają błędy. Ty masz prawo być szczęśliwa.
Po tej rozmowie długo nie mogłam zasnąć. Zaczęłam myśleć o tym, czego ja właściwie chcę od życia. Czy naprawdę chcę być lojalna wobec ojca za wszelką cenę? Czy nie mam prawa wybrać siebie?
Błażej coraz częściej mnie unikał. W końcu powiedział mi prosto w oczy:
– Anka, ja już nie mogę… Ty ciągle jesteś smutna, zamknięta w sobie… Ja też chcę być szczęśliwy.
Zostałam sama. Bez mamy pod ręką, bez chłopaka, z ojcem i jego nową żoną pod jednym dachem.
Pewnego dnia Małgorzata weszła do mojego pokoju bez pukania.
– Aniu… Musimy porozmawiać. Twój ojciec jest chory. Ma raka trzustki. Dowiedzieliśmy się wczoraj…
Świat znów runął mi pod nogami. Wszystkie moje żale nagle wydały się błahe wobec tego, co miało nadejść.
Przez kolejne miesiące opiekowałam się ojcem razem z Małgorzatą. Zbliżyłyśmy się do siebie bardziej niż kiedykolwiek sądziłam. Widziałam jej łzy, jej strach i bezsilność. Zrozumiałam wtedy, że ona też jest tylko człowiekiem – zagubionym jak ja.
Ojciec odszedł jesienią. Na pogrzebie trzymałam mamę i Małgorzatę za ręce. Po raz pierwszy poczułam spokój – jakby ktoś zdjął ze mnie ciężar winy i żalu.
Dziś mieszkam sama na Ochocie. Studiuję psychologię i uczę się słuchać siebie oraz innych ludzi. Czasem odwiedzam mamę w Gdańsku, czasem spotykam się z Małgorzatą na kawie. Błażej odszedł na zawsze – ale już nie tęsknię za nim tak bardzo.
Często wracam myślami do tamtej kolacji i pytam siebie: czy gdybym wtedy powiedziała coś innego, wszystko potoczyłoby się inaczej? A może czasem trzeba przejść przez burzę, żeby odnaleźć siebie?
Czy wy też mieliście momenty w życiu, gdy musieliście wybrać między lojalnością wobec innych a sobą samym? Jak sobie z tym poradziliście?