Zator: Gdy czas zatrzymuje się w upale

Siedziałem za kierownicą, ściskając ją tak mocno, że aż pobielały mi knykcie. Samochody stały w martwym korku, ściśnięte w długich kolumnach. Ani w przód, ani w tył – od pół godziny nie było żadnego ruchu. Szyby pozamykane, bo klimatyzacje pracowały na pełnych obrotach. Na zewnątrz panował nieznośny upał – ponad trzydzieści stopni, tak jak zapowiadał hydromet w radiu. Powietrze nad nagrzanym słońcem asfaltem falowało i drgało. Czułem, jak pot spływa mi po plecach, mimo że siedziałem niemal nieruchomo.

– Ile jeszcze będziemy tu siedzieć? – jęknęła Zosia z tylnego siedzenia, wycierając czoło rękawem bluzki. Miała dwanaście lat i od rana była w złym humorze. – Mówiłeś, że dojedziemy do Zatora przed południem!

– Nie przewidziałem korka – odpowiedziałem, starając się zachować spokój. Ale głos mi zadrżał. Sam byłem bliski wybuchu.

Obok mnie siedziała Marta, moja żona. Milczała, patrząc przez szybę na rozgrzane pole kukurydzy. Wiedziałem, że jest zła. Nie tylko na korek – na mnie też. Ostatnio coraz częściej milczeliśmy w jej obecności. Każde z nas miało swoje żale, których nie potrafiliśmy już wypowiedzieć na głos.

– Może powinniśmy zawrócić? – rzuciła nagle Marta, nie odwracając głowy.

– I co? Stać w korku w drugą stronę? – odburknąłem szybciej, niż zamierzałem. – Przecież to bez sensu.

Zosia przewróciła oczami i zaczęła bawić się telefonem. W radiu leciały wiadomości o kolejnych wypadkach na trasie do Zatora. „Prosimy o cierpliwość” – powtarzał monotonny głos spikera. Cierpliwość… Jakby to było takie proste.

W samochodzie robiło się coraz duszniej. Klimatyzacja ledwo dawała radę, a powietrze było ciężkie od niewypowiedzianych słów. Próbowałem skupić się na czymś innym – na numerach rejestracyjnych aut przed nami, na reklamach przy drodze, na własnym oddechu. Nic nie pomagało.

– Tata, mogę wodę? – zapytała Zosia.

Podałem jej butelkę, samemu czując suchość w gardle. Marta spojrzała na mnie kątem oka.

– Zawsze musisz się spieszyć – powiedziała cicho. – Gdybyśmy wyjechali godzinę później, może byśmy tego uniknęli.

– A może byśmy utknęli jeszcze dalej? – odpowiedziałem ostro. – Po co teraz o tym rozmawiać?

Zosia ściszyła muzykę w słuchawkach i spojrzała na nas z niepokojem. Wiedziała, że zaraz zacznie się kłótnia.

– Przestańcie! – krzyknęła nagle. – To tylko korek! Możemy po prostu… nie wiem… pogadać o czymś innym?

Zamilkliśmy oboje. Przez chwilę słychać było tylko szum klimatyzacji i odległe klaksony.

Spojrzałem w lusterko na córkę. Była blada i zmęczona, ale jej oczy błyszczały gniewem i rozczarowaniem. Poczułem ukłucie winy.

– Masz rację, Zosiu – powiedziałem łagodniej. – Przepraszam.

Marta westchnęła ciężko i odwróciła się do okna.

Czas płynął powoli jak rozgrzany miód. Ludzie zaczęli wychodzić z samochodów, rozprostowywać nogi, rozmawiać przez telefony. Ktoś otworzył bagażnik i wyjął składane krzesełka. Dzieci biegały między autami, a psy szczekały nerwowo.

Patrzyłem na to wszystko i czułem narastającą bezsilność. Byliśmy uwięzieni – nie tylko w tym korku, ale też w naszych własnych problemach. Od miesięcy unikaliśmy rozmów o tym, co naprawdę nas boli. O mojej pracy, która zabierała mi coraz więcej czasu; o Marcie, która czuła się samotna; o Zosi, która dorastała szybciej, niż byłem gotów to zaakceptować.

– Pamiętasz naszą pierwszą wycieczkę do Zatora? – odezwałem się nagle do Marty.

Spojrzała na mnie zaskoczona.

– Pamiętam… Byliśmy wtedy szczęśliwi – powiedziała cicho.

– Nadal możemy być – odpowiedziałem bez przekonania.

Zosia westchnęła teatralnie.

– Może po prostu pograjmy w coś? Na przykład „państwa-miasta”?

Uśmiechnąłem się smutno.

– Dobra myśl.

Zaczęliśmy grać, najpierw nieśmiało, potem coraz bardziej zaangażowani. Śmialiśmy się z dziwnych odpowiedzi Marty, która uparcie twierdziła, że „Żyrafa” to polskie miasto. Przez chwilę zapomnieliśmy o upale i korku.

Ale potem znów wróciła rzeczywistość. Telefon Marty zadzwonił – jej matka pytała, kiedy wrócimy. Zosia zaczęła narzekać na ból głowy. Ja poczułem narastający lęk: co jeśli ten korek potrwa jeszcze kilka godzin? Co jeśli znów wrócimy do domu pokłóceni?

Wysiadłem z samochodu pod pretekstem rozprostowania nóg. Słońce paliło niemiłosiernie, asfalt parzył przez podeszwy butów. Oparłem się o maskę i spojrzałem w dal – kolumna aut ciągnęła się aż po horyzont.

Obok mnie stał starszy mężczyzna z sąsiedniego auta.

– Ciężko dzisiaj… – zagadnął.

– Bardzo – odpowiedziałem machinalnie.

– Ale wie pan co? Takie sytuacje uczą cierpliwości. I pokazują, co naprawdę ważne – dodał z uśmiechem.

Patrzyłem na niego przez chwilę w milczeniu. Może miał rację? Może ten korek był tylko pretekstem do zatrzymania się – nie tylko fizycznie, ale też w życiu?

Wróciłem do samochodu i spojrzałem na Martę i Zosię. Byli zmęczeni, ale razem ze mną w tej samej pułapce. Może właśnie teraz powinniśmy porozmawiać o tym wszystkim, co nas boli? Może warto spróbować jeszcze raz?

Zator trwał jeszcze długo, zanim ruszyliśmy dalej. Ale coś we mnie pękło – poczułem ulgę i dziwny spokój.

Czasem życie zatrzymuje nas w najmniej oczekiwanym momencie. Czy potrafimy wtedy spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć prawdę? Czy potrafimy wybaczyć – sobie i innym?