„Cały dzień nic nie robisz, dziecko tylko śpi i je” – Moja walka o zrozumienie jako matki

– Ania, naprawdę, cały dzień siedzisz w domu i nic nie robisz? Przecież dziecko tylko śpi i je – usłyszałam od Michała, mojego męża, kiedy wrócił z pracy. Stałam wtedy w kuchni, z rozmazanym makijażem, w poplamionej bluzce, z niemowlakiem na rękach. W środku aż mnie ścisnęło. Chciałam krzyknąć, że nie mam nawet czasu się wysikać, że od rana nie jadłam nic ciepłego, że czuję się jak cień samej siebie. Ale tylko westchnęłam i odwróciłam wzrok.

To był kolejny taki dzień. Od kiedy urodziła się Zosia, moje życie zmieniło się nie do poznania. Wszystko kręciło się wokół niej – jej płaczu, karmienia, przewijania, usypiania. Czasem miałam wrażenie, że jestem tylko dodatkiem do jej potrzeb. Michał wracał zmęczony z pracy i oczekiwał obiadu na stole, czystego mieszkania i uśmiechniętej żony. A ja? Ja byłam wrakiem człowieka.

Pamiętam, jak kiedyś próbowałam mu opowiedzieć o tym, jak wygląda mój dzień. – Michał, dziś Zosia miała kolki przez trzy godziny. Nie mogłam jej uspokoić, płakała tak głośno, że sama zaczęłam płakać razem z nią. – Ale przecież dzieci płaczą, Aniu. To normalne – odpowiedział obojętnie, nawet nie podnosząc wzroku znad telefonu. Poczułam się wtedy tak bardzo samotna.

Moja mama powtarzała mi przez telefon: – Musisz być silna dla dziecka. Każda matka przez to przechodziła. Ale ja nie czułam się silna. Czułam się wyczerpana, zagubiona i niewidzialna. Nawet kiedy przyjeżdżała do nas w odwiedziny, patrzyła krytycznie na kurz na półkach albo na stertę prania w łazience. – Kiedyś kobiety miały po troje dzieci i dawały radę – rzucała z przekąsem.

Czasami miałam ochotę po prostu wyjść z domu i już nie wracać. Ale wtedy patrzyłam na Zosię – jej maleńkie rączki zaciskały się na moim palcu, a ona patrzyła na mnie tymi wielkimi oczami pełnymi ufności. Wiedziałam, że jestem dla niej całym światem. I to mnie trzymało przy życiu.

Najgorsze były wieczory. Kiedy Zosia w końcu zasypiała, siadałam na łóżku i płakałam w ciszy. Michał oglądał telewizję w salonie albo grał na komputerze. Nie pytał, jak się czuję. Nie zauważał moich łez. Czułam się jak duch we własnym domu.

Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i powiedziałam mu: – Michał, ja już nie daję rady. Potrzebuję pomocy. Potrzebuję ciebie.

Spojrzał na mnie zdziwiony, jakby pierwszy raz zobaczył mnie naprawdę zmęczoną. – Przecież masz cały dzień wolny – powiedział bez cienia złośliwości, raczej z autentycznym niezrozumieniem.

Wtedy coś we mnie pękło. – Wolny? Myślisz, że to jest wolny dzień? Od rana do nocy jestem z Zosią sama! Nie mam kiedy odpocząć, nie mam kiedy zjeść! Nawet do łazienki chodzę z nią na rękach! Ty wracasz do domu i odpoczywasz, a ja nigdy nie mam przerwy! – wykrzyczałam to wszystko jednym tchem.

Michał milczał przez chwilę. Widziałam w jego oczach konsternację i chyba pierwszy raz dostrzegł mój ból.

Następnego dnia wrócił wcześniej z pracy i zaproponował: – Może pójdź na spacer sama? Ja zostanę z Zosią.

Nie wierzyłam własnym uszom. Wyszłam z domu i pierwszy raz od miesięcy poczułam powiew wolności. Siedziałam na ławce w parku i płakałam – tym razem ze wzruszenia.

Ale to był tylko jeden dzień. Potem wszystko wróciło do normy. Michał znów był zajęty pracą, a ja zostałam sama ze swoimi myślami i zmęczeniem.

Zaczęłam szukać wsparcia w internecie. Dołączyłam do grupy dla młodych mam na Facebooku. Tam kobiety pisały o tym samym: o samotności, o braku zrozumienia ze strony partnerów, o presji rodziny i społeczeństwa. Poczułam ulgę – nie jestem sama.

Pewnego wieczoru napisała do mnie Kasia z tej grupy: – Aniu, jeśli chcesz pogadać albo spotkać się na kawę z wózkami, daj znać.

Spotkałyśmy się kilka dni później. Rozmawiałyśmy godzinami o wszystkim: o dzieciach, o mężach, o marzeniach sprzed macierzyństwa. Kasia powiedziała coś ważnego: – Musimy walczyć o siebie. Jeśli my się nie postawimy, nikt nas nie zauważy.

Te słowa długo we mnie rezonowały. Zaczęłam powoli mówić głośno o swoich potrzebach – najpierw do Michała, potem do mamy. Nie zawsze mnie rozumieli, ale przynajmniej zaczęli słuchać.

Dziś wiem jedno: macierzyństwo to nie tylko radość i uśmiechy dziecka. To też łzy, zmęczenie i poczucie osamotnienia. Ale to także siła, która rodzi się w bólu i bezsilności.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy kiedykolwiek ktoś naprawdę doceni to wszystko, co robi matka? Czy musimy krzyczeć o swoim zmęczeniu, żeby ktoś nas zauważył? Może dopiero wtedy świat zacznie nas słuchać…