Z miłością dla Ciebie… Dla mnie…
Pot spływał mi po skroniach, szyi i wzdłuż kręgosłupa. Żelazko syczało, a ja monotonnie przesuwałam je po desce do prasowania. Było już późno, dzieci spały, a w mieszkaniu panowała ta specyficzna cisza, która zamiast uspokajać, tylko podkreślała moją samotność. Zostało mi już niewiele koszul do wyprasowania, kiedy zadzwonił telefon. Zignorowałam pierwszy sygnał — pewnie znowu jakaś reklama albo pomyłka. Ale po chwili dźwięk rozległ się ponownie, tym razem głośniej, bardziej natarczywie. Odstawiłam żelazko i podeszłam do stołu. Na ekranie wyświetliło się imię: „Marek”.
Mój mąż. O tej porze? Przecież miał być w delegacji pod Wrocławiem, obiecał zadzwonić dopiero rano. Odebrałam.
— Ewa? — usłyszałam jego głos, dziwnie spięty, jakby był gdzieś daleko nie tylko fizycznie.
— Co się stało? — zapytałam od razu, bo serce zaczęło mi walić jak młotem.
— Musimy porozmawiać…
Te słowa zawsze zwiastują coś złego. Poczułam, jak żołądek zaciska mi się w supeł.
— Marek, nie strasz mnie. Co się dzieje?
— Nie przez telefon. Wrócę jutro wcześniej. Musimy… muszę ci coś powiedzieć.
Rozłączył się. Stałam przez chwilę z telefonem w ręku, patrząc na własne odbicie w ciemnym oknie. W głowie kłębiły mi się najgorsze scenariusze. Czy coś się stało dzieciom? Czy on… czy on mnie zdradził?
Noc była bezsenna. Przewracałam się z boku na bok, słysząc tylko własny oddech i tykanie zegara. Rano dzieci obudziły się jak zwykle — Hania marudziła przy śniadaniu, Kuba nie chciał iść do szkoły. Udawałam spokój, choć w środku byłam kłębkiem nerwów.
Marek wrócił o czternastej. Wszedł do mieszkania cicho, jakby bał się zrobić hałas. Stanął w progu kuchni i spojrzał na mnie tym swoim zmęczonym wzrokiem.
— Możemy porozmawiać? — zapytał cicho.
Dzieci były u sąsiadki. Usiadłam naprzeciwko niego przy stole.
— Marek, co się dzieje?
Przez chwilę milczał. Potem spuścił głowę i zaczął mówić:
— Ewa… ja… Nie wiem nawet jak to powiedzieć. Poznałem kogoś. To nie miało tak wyglądać. To był przypadek…
Poczułam, jak świat usuwa mi się spod nóg. Wszystko zaczęło wirować — ściany kuchni, kubek z herbatą, nawet jego głos wydawał się dochodzić z oddali.
— Kogoś? — powtórzyłam głucho.
— Tak. To była koleżanka z pracy. Najpierw tylko rozmawialiśmy… Potem…
Nie chciałam słuchać dalej. Zerwałam się od stołu i wybiegłam do łazienki. Zamknęłam się na klucz i osunęłam na zimne kafelki. Płakałam długo, cicho, żeby dzieci nie usłyszały przez ścianę.
Przez kolejne dni funkcjonowałam jak automat. Prasowałam, gotowałam, odrabiałam z dziećmi lekcje. Marek próbował ze mną rozmawiać, tłumaczyć się, przepraszać. Mówił, że to był błąd, że kocha mnie i dzieci, że chce naprawić wszystko… Ale ja nie potrafiłam już mu zaufać.
Wieczorami leżałam w łóżku i myślałam o tym wszystkim, co poświęciłam dla tej rodziny. O tym, jak rzuciłam pracę po urodzeniu Hani, bo Marek przekonywał mnie, że tak będzie lepiej dla dzieci. O tym, jak przez lata godziłam się na jego wyjazdy służbowe i samotne weekendy z dziećmi, podczas gdy on budował karierę.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie moja mama.
— Ewuniu, co się dzieje? Słyszę po głosie, że coś jest nie tak.
Nie wytrzymałam i wszystko jej opowiedziałam. Mama milczała długo.
— Wiesz… Twój tata też kiedyś mnie zawiódł — powiedziała w końcu cicho. — Ale wtedy postanowiłam walczyć o siebie. Nie dla niego — dla siebie i dla was.
Te słowa długo dźwięczały mi w głowie.
Marek coraz częściej wracał wcześniej do domu, próbował pomagać przy dzieciach. Przynosił kwiaty, gotował kolacje, proponował wspólne wyjścia do kina czy na spacer nad Wisłę. Ale ja czułam między nami mur — wysoki i zimny jak ściana bloku za oknem.
Któregoś wieczoru usiedliśmy razem w salonie.
— Ewa… Ja naprawdę żałuję tego wszystkiego — powiedział cicho Marek. — Wiem, że cię zraniłem. Ale nie chcę stracić rodziny.
— A ja? — zapytałam nagle sama siebie na głos. — Czy ja siebie jeszcze nie straciłam?
Spojrzał na mnie zaskoczony.
— O czym ty mówisz?
— O tym, że przez lata byłam tylko żoną i matką. Że zapomniałam o sobie…
Zapanowała cisza.
Następnego dnia poszłam do urzędu pracy i zapisałam się na kurs księgowości. Zawsze lubiłam liczby i porządek w papierach — może to będzie mój nowy początek?
Marek patrzył na mnie z niedowierzaniem:
— Naprawdę chcesz wrócić do pracy?
— Tak — odpowiedziałam spokojnie. — Chcę być kimś więcej niż tylko żoną i matką.
Zaczęliśmy powoli odbudowywać nasze życie — ale już na innych zasadach. Ja zaczęłam dbać o siebie: chodzić na fitness z koleżanką z kursu, czytać książki wieczorami zamiast prasować koszule do północy. Marek musiał nauczyć się dzielić obowiązki domowe i być ojcem na co dzień, a nie tylko od święta.
Nie wiem jeszcze, czy uda nam się uratować nasze małżeństwo. Czasem myślę o tym wszystkim z żalem i złością — ale coraz częściej czuję też dumę z siebie.
Czy miłość naprawdę wystarczy? Czy można przebaczyć zdradę i zacząć od nowa? A może najważniejsze to nauczyć się kochać samą siebie?