Przygarnęłam mamę – teraz żałuję. Wstydzę się przed znajomymi, a nie mogę jej odesłać
– Znowu nie posprzątałaś po sobie w kuchni! – głos mamy rozbrzmiewał w moim dwupokojowym mieszkaniu na Ochocie, jakby był echem z dzieciństwa. Stałam w przedpokoju, z kluczami w dłoni, gotowa wyjść do pracy, a jednak coś mnie zatrzymało. Może to był wstyd, może żal, a może zwykłe zmęczenie.
– Mamo, muszę lecieć, spóźnię się na spotkanie – odpowiedziałam cicho, próbując nie wybuchnąć.
– Zawsze tylko praca i praca! A kto mi pomoże z zakupami? – jej głos drżał, jakby zaraz miała się rozpłakać.
Zamknęłam drzwi za sobą i poczułam ulgę. Ale też i winę. To miała być decyzja z serca – przygarnąć mamę po udarze, kiedy okazało się, że nie może już mieszkać sama w naszym rodzinnym domu pod Radomiem. Ojciec odszedł dawno temu, brat wyjechał do Irlandii i kontaktuje się tylko przez Facebooka. Zostałam ja – Agnieszka, trzydziestoośmioletnia singielka z kredytem na mieszkanie i pracą w agencji reklamowej.
Początkowo byłam dumna ze swojej decyzji. Znajomi mówili: „Jesteś bohaterką!”, „Nie każdy by się na to zdobył”. Ale z każdym tygodniem entuzjazm gasł. Mama była coraz bardziej wymagająca. Potrafiła zadzwonić do mnie do pracy tylko po to, żeby zapytać, gdzie jest sól albo czy mogę wrócić wcześniej, bo boi się sama zostać.
Wieczorami siedziałam na kanapie i patrzyłam na swoje życie jak na serial, którego nie chciałam już oglądać. Spotkania ze znajomymi ograniczyły się do minimum. Bałam się zaprosić kogokolwiek do domu – mama potrafiła narzekać na wszystko: „A czemu ona tak głośno się śmieje?”, „Ten twój kolega to chyba nie wie, jak się zachować przy starszych”.
Pewnego dnia zadzwoniła Magda:
– Aga, idziemy dziś na wino? Dawno cię nie było!
– Nie mogę, mama źle się czuje…
– Aga, ty już od miesięcy nigdzie nie wychodzisz! Co się dzieje?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Wstydziłam się przyznać, że czuję się jak więzień we własnym domu. Że czasem mam ochotę wyjść i nie wracać.
Najgorsze były weekendy. Mama oczekiwała, że będziemy razem spędzać czas – oglądać seriale, grać w karty, rozmawiać o dawnych czasach. Ja marzyłam o ciszy i samotności. O tym, żeby po prostu poleżeć w wannie bez poczucia winy.
Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę mamy przez telefon:
– Agnieszka jest dobra, ale taka zapracowana… Czasem mam wrażenie, że jej przeszkadzam.
Zabolało mnie to bardziej niż wszystkie jej pretensje razem wzięte. Czy naprawdę byłam aż taką egoistką?
W pracy zaczęłam popełniać błędy. Szefowa wezwała mnie na rozmowę:
– Agnieszka, co się dzieje? Zawsze byłaś solidna.
– Przepraszam… Mam ostatnio trudny czas w domu.
– Może powinnaś pomyśleć o pomocy? Są domy opieki, pielęgniarki…
Poczułam się upokorzona. Przecież nie oddam mamy do domu starców! Co powiedzą sąsiedzi? Rodzina? Sama sobie tego nie wybaczę.
Wieczorem próbowałam porozmawiać z mamą:
– Mamo, może zatrudnimy kogoś do pomocy? Żebyś nie była cały czas sama…
– Nie chcę obcych ludzi w domu! Ty jesteś moją córką! – jej głos był pełen wyrzutu.
Zacisnęłam pięści pod stołem. Czułam się jak w pułapce bez wyjścia.
Z czasem zaczęły pojawiać się drobne konflikty o wszystko: o to, że kupiłam niewłaściwy chleb; o to, że nie posprzątałam łazienki; o to, że nie pamiętam o jej lekach. Każda rozmowa kończyła się łzami lub cichym fochowaniem.
W końcu przestałam odbierać telefony od znajomych. Magda napisała mi długiego maila:
„Aga, martwię się o ciebie. Wiem, że masz trudną sytuację, ale nie możesz zapominać o sobie. Jeśli będziesz potrzebować pogadać – jestem.”
Czytałam te słowa z płaczem. Chciałam napisać: „Nie daję rady”, ale nie miałam odwagi.
W święta odwiedziła nas ciotka Basia z mężem:
– Agusia, ty taka zmęczona jesteś… Może rzeczywiście powinnaś pomyśleć o jakiejś pomocy dla mamy?
Mama spojrzała na mnie z wyrzutem:
– Widzisz? Nawet rodzina uważa, że jestem ciężarem!
Po ich wyjściu mama zamknęła się w pokoju i płakała przez godzinę. Ja siedziałam na kuchennym stołku i patrzyłam na swoje odbicie w oknie. Kim ja się stałam? Gdzie jest ta radosna dziewczyna sprzed roku?
Czasem łapię się na myśli: „A gdyby mama jednak została w domu pod Radomiem? Może lepiej byłoby dla nas obu?” Ale potem przychodzi poczucie winy i strach przed opinią innych.
Dziś mijają dwa lata od kiedy mama ze mną zamieszkała. Czuję się starsza o dekadę. Moje życie toczy się wokół jej potrzeb i lęków. Czasem mam ochotę krzyczeć: „Chcę odzyskać siebie!”
Ale czy mam do tego prawo? Czy można kochać i jednocześnie mieć żal? Czy jestem złą córką tylko dlatego, że marzę o wolności?
Może ktoś z was miał podobnie? Jak pogodzić miłość do rodzica z troską o siebie?