Zamknięte oczy na zdradę – dopóki nie upadłam na ulicy i nie zobaczyłam prawdy

– Nie wracaj dziś późno, proszę – powiedziałam cicho, patrząc na plecy Michała, kiedy zakładał płaszcz. Nawet nie odwrócił się w moją stronę. – Mam spotkanie z klientem, nie wiem, o której wrócę – rzucił chłodno i wyszedł, zostawiając za sobą zapach drogiej wody kolońskiej i ciężar niewypowiedzianych słów.

Zamknęłam oczy. Ile razy już słyszałam te wymówki? Ile razy udawałam, że nie widzę wiadomości na jego telefonie, że nie czuję obcych perfum na jego koszuli? Wmawiałam sobie, że to dla dobra dzieci, dla spokoju domu. Że lepiej mieć rodzinę na papierze niż żadną. Ale każdej nocy czułam się coraz bardziej samotna, jakby ktoś powoli wyciągał ze mnie życie.

Kiedyś byliśmy szczęśliwi. Michał potrafił mnie rozśmieszyć do łez, a ja wierzyłam, że razem przetrwamy wszystko. Ale potem pojawiły się nadgodziny, wyjazdy służbowe i coraz więcej milczenia między nami. Z czasem przestałam pytać, przestałam walczyć. Została tylko rutyna i strach przed zmianą.

Tego dnia wszystko się zmieniło. Wracałam z pracy zmęczona i zamyślona. Na rogu ulicy poślizgnęłam się na mokrych liściach i upadłam tak niefortunnie, że straciłam przytomność. Kiedy się ocknęłam, byłam już w szpitalu. Nad moim łóżkiem stała pielęgniarka i sąsiadka z klatki obok – pani Zosia. To ona zadzwoniła po karetkę.

– Pani Marto, jak się pani czuje? – zapytała zatroskana.

– Gdzie jest mój mąż? – wyszeptałam z trudem.

Pani Zosia spojrzała na mnie ze współczuciem. – Próbowałam się do niego dodzwonić, ale nie odbierał. Zadzwoniłam do pani córki.

Wtedy zobaczyłam Kasię – moją siedemnastoletnią córkę – stojącą w drzwiach z oczami pełnymi łez i strachu.

– Mamo! – rzuciła się do mnie i mocno przytuliła. – Tak się bałam…

Poczułam ciepło jej ramion i coś we mnie pękło. Przez chwilę zapomniałam o bólu w nodze i głowie. Była przy mnie moja córka, sąsiadka… Ale Michała nie było.

Leżałam w szpitalu trzy dni. Przez ten czas Michał zadzwonił raz – krótko zapytał, czy coś mi jest poważnego i czy dzieci mają co jeść. Nie przyszedł ani razu. Za to Kasia była codziennie, przynosiła mi ulubioną herbatę i książki. Pani Zosia doglądała mieszkania i gotowała dla dzieci obiady.

W nocy nie mogłam spać. Wpatrywałam się w sufit i zadawałam sobie pytania: dlaczego tak długo pozwalałam się ranić? Dlaczego udawałam przed sobą i światem, że wszystko jest w porządku? Czy naprawdę dla dobra rodziny trzeba poświęcać własne szczęście?

Trzeciego dnia odwiedziła mnie moja mama. Usiadła przy łóżku i przez chwilę milczała.

– Marto… – zaczęła ostrożnie. – Wiem, że nie chcesz słuchać rad starej matki, ale musisz coś zmienić. Nie możesz tak dłużej żyć.

Poczułam łzy pod powiekami. – Mamo, ja się boję… Boję się zostać sama.

Mama uśmiechnęła się smutno. – Nie jesteś sama. Masz Kasię, masz ludzi wokół siebie. A Michał… On już dawno odszedł, tylko ty tego nie chciałaś zobaczyć.

Te słowa bolały bardziej niż złamana noga. Ale były prawdziwe.

Wróciłam do domu o kulach. Michał był w pracy. Wieczorem usiadł naprzeciwko mnie przy stole i spojrzał na mnie obojętnie.

– Jak się czujesz? – zapytał bez emocji.

– Lepiej – odpowiedziałam chłodno. – Michał… musimy porozmawiać.

Westchnął ciężko i odwrócił wzrok.

– Wiem o wszystkim – powiedziałam cicho. – O twojej zdradzie też wiem od dawna.

Zamarł na chwilę, potem wzruszył ramionami.

– I co z tego? Myślisz, że tylko ja jestem winny? Ty też się zmieniłaś. Przestałaś być tą dziewczyną, którą kochałem.

Te słowa zabolały, ale już nie tak jak kiedyś. Spojrzałam mu prosto w oczy.

– Może rzeczywiście się zmieniłam. Ale ty przestałeś być moim mężem dużo wcześniej niż ja przestałam być twoją żoną.

Przez chwilę panowała cisza. Michał wstał od stołu i wyszedł z kuchni bez słowa.

Tej nocy długo rozmawiałam z Kasią.

– Mamo… boję się tego wszystkiego – powiedziała cicho. – Ale wolę mieć mamę szczęśliwą niż mamę smutną przez tatę.

Przytuliłyśmy się mocno i obie płakałyśmy.

Następnego dnia podjęłam decyzję. Złożyłam pozew o rozwód. Bałam się jak nigdy wcześniej, ale poczułam też ulgę – pierwszy raz od lat oddychałam pełną piersią.

Dziś minął rok od tamtych wydarzeń. Nadal jest trudno, czasem czuję się samotna i zagubiona. Ale wiem jedno: już nigdy nie pozwolę sobie zamykać oczu na prawdę.

Czasem zastanawiam się: ile kobiet wokół mnie żyje w podobnym kłamstwie? Ile z nas boi się zrobić pierwszy krok? Czy naprawdę warto poświęcać siebie dla pozorów szczęścia?

Może czasem trzeba upaść bardzo nisko, żeby zobaczyć, kto naprawdę poda nam rękę.