Granica poświęcenia: Trzy lata, które zmieniły wszystko

— Mamo, tylko na dwa tygodnie, naprawdę. Potrzebuję cię, bo nie mam już wyjścia — głos mojej córki, Magdy, drżał przez telefon. Był marzec, jeszcze chłodno, a ja patrzyłam przez okno na szare niebo nad Warszawą. Nie mogłam odmówić. W końcu to moja córka, a wnuki — Antek i Zosia — są całym moim światem.

Dwa tygodnie. Tak się zaczęło. Spakowałam kilka rzeczy, zamknęłam swoje małe mieszkanie na Ochocie i przeniosłam się do Magdy na Mokotów. Miała wrócić do pracy po urlopie macierzyńskim, a jej mąż, Tomek, pracował za granicą. „Tylko do czasu, aż znajdą żłobek dla Zosi” — powtarzałam sobie każdego ranka.

Minęły dwa tygodnie. Potem miesiąc. Potem kolejne. Żłobek okazał się za drogi, potem Zosia się rozchorowała, potem Antek miał adaptację w przedszkolu i ktoś musiał go odbierać. Magda wracała coraz później, wiecznie zmęczona, z siatkami zakupów i podkrążonymi oczami. — Mamo, jesteś niezastąpiona — mówiła z wdzięcznością i wyrzutem jednocześnie.

Z czasem przestałam wracać do siebie. Moje mieszkanie stało się tylko adresem do korespondencji. Moje książki pokrył kurz, kwiaty uschły. Codzienność w domu Magdy była jak niekończący się bieg z przeszkodami: śniadania, kanapki do szkoły, pranie, sprzątanie, odbieranie dzieci, gotowanie obiadu, zabawy, kąpiele, bajki na dobranoc.

Czasem łapałam się na tym, że nie pamiętam już, kiedy ostatni raz byłam u fryzjera albo spotkałam się z przyjaciółką. Moja sąsiadka Basia dzwoniła coraz rzadziej. — Haniu, żyjesz tam jeszcze? — pytała czasem żartem. Śmiałam się wtedy nerwowo.

Najgorsze były wieczory. Kiedy dzieci spały, a Magda siadała ze mną w kuchni z kubkiem herbaty. — Wiem, że ci ciężko — mówiła cicho. — Ale nie dałabym rady bez ciebie. Tomek wraca dopiero za pół roku…

Czułam się potrzebna i jednocześnie… niewidzialna. Moje życie stało się tłem dla ich życia. Z czasem zaczęły pojawiać się drobne konflikty. — Mamo, nie dawaj dzieciom tyle słodyczy! — upominała mnie Magda. — Antek powinien już sam zasypiać! — denerwowała się innym razem.

Pewnego dnia usłyszałam rozmowę Magdy z Tomkiem przez telefon:
— Mama znowu wszystko robi po swojemu…
— To jej powiedz — odpowiedział Tomek.
— Przecież nie mogę jej wyrzucić! — syknęła Magda.

Zabolało mnie to bardziej niż chciałam przyznać. Przez trzy lata byłam tu codziennie: gotowa na każde wezwanie, zawsze na posterunku. A teraz czułam się jak intruz we własnej rodzinie.

Zosia zaczęła mówić do mnie „mamo” przez pomyłkę. Antek płakał, kiedy wychodziłam choćby do sklepu po chleb. Czułam ciężar odpowiedzialności i miłość tak wielką, że aż dławiła w gardle.

Któregoś wieczoru odważyłam się porozmawiać z Magdą:
— Kochanie… Czy ty w ogóle jeszcze mnie potrzebujesz? Może powinnam wrócić do siebie?
Magda spojrzała na mnie zaskoczona:
— Mamo! Przecież nie dasz rady sama! Poza tym dzieci cię kochają…
— Ale ja też mam swoje życie…
— Jakie życie? — przerwała mi ostro. — Przecież tu jesteś potrzebna!

Poczułam się winna własnych pragnień. Czy naprawdę jestem samolubna? Czy matka powinna myśleć o sobie?

Zaczęłam coraz częściej myśleć o swoim dawnym życiu: o spacerach po Łazienkach, o kawie z Basią w naszej ulubionej kawiarni przy Placu Zbawiciela, o wieczorach z książką i ciszą.

Pewnej nocy nie mogłam zasnąć. Siedziałam w kuchni i patrzyłam na zdjęcia moich wnuków na lodówce. Pomyślałam wtedy: „Czy to już zawsze będzie moja rola? Czy jestem tylko babcią-opiekunką?”

Następnego dnia postanowiłam odwiedzić swoje mieszkanie. Weszłam do środka i poczułam znajomy zapach starego drewna i kurzu. Usiadłam na kanapie i rozpłakałam się jak dziecko.

Wieczorem zadzwoniła Magda:
— Mamo, gdzie jesteś?! Dzieci cię szukają!
— Jestem u siebie… Muszę trochę odpocząć.
— Ale jak to?!
— Magda… Ja też jestem człowiekiem.

Rozłączyła się bez słowa.

Przez kolejne dni czułam mieszankę ulgi i poczucia winy. Dzieci dzwoniły codziennie: „Babciu, kiedy wrócisz?” Magda milczała.

Po tygodniu przyszła do mnie z dziećmi.
— Mamo… Przepraszam. Nie zauważyłam nawet, jak bardzo cię obciążyliśmy…
Popłakałyśmy się obie.

Od tamtej pory ustaliłyśmy nowe zasady: pomagam wtedy, kiedy mogę i chcę. Mam swoje dni wolne, swoje życie i swoje marzenia.

Czasem zastanawiam się: czy można kochać za bardzo? Gdzie kończy się pomoc, a zaczyna poświęcenie siebie? Czy każda matka musi kiedyś postawić granicę? Może właśnie o to chodzi w byciu rodziną — żeby umieć kochać innych bez zapominania o sobie.