Trzy kobiety, jedna kuchnia i ani chwili spokoju: Opowieść o rodzinnych konfliktach i poszukiwaniu własnego miejsca

— Nie, mamo! Nie możesz znowu przestawiać moich kubków! — krzyknęłam, czując jak narasta we mnie frustracja. Stałam w kuchni, trzymając w ręku swój ulubiony, niebieski kubek z pękniętym uchem. Mama, Ewa Tomaszewska, spojrzała na mnie z tym swoim spokojem, który zawsze doprowadzał mnie do szału.

— Olu, przecież to tylko kubki. Poza tym Zofia Janówna mówiła, że jej się lepiej sięga po szklanki, jak stoją bliżej okna — odpowiedziała, nie przerywając wycierania blatu.

Zofia Janówna. Nasza sąsiadka z parteru, która od dwóch lat mieszka z nami po śmierci swojego męża. Miała być tu tylko na chwilę, „dopóki nie stanie na nogi”, ale czas płynął, a ona coraz bardziej zapuszczała korzenie w naszym domu. W kuchni czuła się jak u siebie. Ja — coraz mniej.

Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam na rozpisany w zeszycie grafik:

Poniedziałek — ja. Wtorek — mama. Środa — Zofia Janówna. Czwartek — znowu ja. Weekend — jak wyjdzie.

— To nie jest normalne — mruknęłam pod nosem. — Trzy dorosłe kobiety i jedna kuchnia. Jak mamy się nie pozabijać?

Mama tylko wzruszyła ramionami. — Przynajmniej mamy porządek. Każda wie, kiedy może gotować.

Ale to nie był porządek. To była wojna pod przykrywką uprzejmości. Każda z nas miała swoje zwyczaje: mama gotowała tradycyjnie, dużo mięsa i ziemniaków; Zofia Janówna uwielbiała piec ciasta i zostawiała po sobie wszędzie ślady mąki; ja próbowałam jeść zdrowo, wegetariańsko, a po każdej mojej próbie ugotowania czegoś nowego słyszałam od Zofii: „To nie jest jedzenie dla ludzi”.

Pewnego dnia wróciłam do domu wcześniej z pracy. Już od progu poczułam zapach pieczonego sernika. Kuchnia była cała w mące, a Zofia Janówna stała przy piekarniku, nucąc pod nosem.

— Dzień dobry, Olu! Chcesz kawałek sernika? — zapytała z uśmiechem.

— Nie jem nabiału — odpowiedziałam chłodno.

— Co za czasy… — westchnęła teatralnie. — Kiedyś człowiek jadł to, co było i żył sto lat.

Zacisnęłam pięści. Chciałam coś powiedzieć, ale w tym momencie weszła mama.

— Ooo, sernik! — ucieszyła się. — Zofia, jak ty to robisz, że zawsze ci wychodzi?

— To kwestia doświadczenia, Ewuniu. I dobrych jajek.

Stałam tam jak piąte koło u wozu. Czułam się obca we własnym domu. Odkąd tata odszedł do innej kobiety dwa lata temu, wszystko się zmieniło. Mama zamknęła się w sobie i zaczęła traktować Zofię jak najlepszą przyjaciółkę. Ja zostałam gdzieś na marginesie.

Wieczorem usiadłam przy stole z zeszytem w kratkę i zaczęłam rozpisywać nowy grafik korzystania z kuchni.

— Mamo, musimy coś zmienić. Nie mogę tak żyć — powiedziałam cicho.

Mama spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem.

— Olu, przecież próbujemy się dogadać. Zofia nie ma nikogo poza nami.

— Ale ja też tu mieszkam! Też mam prawo do swojego miejsca!

Wtedy usłyszałyśmy trzask drzwi. Zofia Janówna stała w progu z rękami na biodrach.

— Słyszałam wszystko — powiedziała cicho. — Jeśli jestem tu problemem, mogę się wynieść.

Zapadła cisza. Mama zerwała się z krzesła.

— Zosiu, nie przesadzaj! Ola jest po prostu zmęczona pracą…

Ale ja już wiedziałam, że to nie tylko zmęczenie. To był żal za straconym domem, za ojcem, za spokojem, którego już nie było.

Następnego dnia wróciłam późno do domu. W kuchni panował idealny porządek. Na stole leżał liścik: „Olu, przepraszam za wszystko. Zosia”.

Poczułam ukłucie winy. Przecież ona naprawdę nie miała nikogo poza nami. Ale czy to znaczyło, że ja muszę rezygnować ze swojego życia?

Wieczorem usiadłyśmy we trzy przy stole. Mama zaczęła pierwsza:

— Może spróbujemy inaczej? Może zamiast dzielić kuchnię na dni, będziemy gotować razem?

Zofia spojrzała na mnie niepewnie.

— Nie wiem… Może Ola nie chce ze mną gotować…

Spojrzałam na nią i zobaczyłam w jej oczach smutek i strach przed samotnością.

— Spróbujmy — powiedziałam cicho.

I tak zaczęłyśmy gotować razem. Było trudno: kłóciłyśmy się o przyprawy, o to czy cebulę kroić w kostkę czy w piórka, o to kto ma myć naczynia. Ale powoli zaczęłyśmy się uczyć siebie nawzajem.

Czasem myślę: czy naprawdę można znaleźć spokój w domu pełnym kobiet o tak różnych charakterach? Czy kompromis to zawsze rezygnacja z siebie? A może właśnie wtedy uczymy się najwięcej o sobie i innych?