Dlaczego nie mogę być szczęśliwa w wieku 57 lat? – Walka matki i córki o miłość
— Mamo, czy ty naprawdę myślisz, że to jest odpowiedni moment na takie zmiany? — głos Darii rozbrzmiał w kuchni, mieszając się z monotonnym stukotem deszczu o parapet. Stałam przy oknie, patrząc na szare niebo i mokre ulice Warszawy, czując jak serce ściska mi się z każdym jej słowem. W tej chwili miałam ochotę krzyknąć, że to właśnie teraz, po tylu latach samotności i kompromisów, zasługuję na odrobinę szczęścia. Ale zamiast tego tylko westchnęłam.
— Daria, ja… ja po prostu chcę spróbować jeszcze raz. Chcę poczuć, że żyję — odpowiedziałam cicho, nie odwracając wzroku od deszczu.
Daria przewróciła oczami i usiadła ciężko przy stole. Miała 29 lat, była dorosła, a jednak wciąż patrzyła na mnie jak na kogoś, kto nie ma prawa do własnych decyzji. Może dlatego, że przez tyle lat byłam tylko jej matką — tą, która zawsze stawiała ją na pierwszym miejscu, rezygnując z siebie.
Mój mąż, Andrzej, odszedł pięć lat temu. Najpierw była choroba, potem długie miesiące walki i w końcu pustka. Przez te lata żyłam jak cień samej siebie — dom, praca w bibliotece, zakupy w Biedronce i wieczory z książką. Czasem czułam się jak duch krążący po własnym mieszkaniu. Ale kiedy poznałam Marka na kursie tańca dla seniorów, coś we mnie pękło. Zaczęłam znów się śmiać, malować usta na czerwono i kupować kwiaty do salonu. Marek był wdowcem, miał ciepłe dłonie i spojrzenie pełne zrozumienia. Przy nim czułam się młoda.
— To nie jest tylko kaprys? — Daria nie dawała za wygraną. — Przecież nawet nie znasz go dobrze! A jeśli on chce cię wykorzystać? Wiesz ile jest takich historii?
— Daria, wiem co robię — przerwałam jej stanowczo. — Marek nie jest oszustem. Po prostu… chcę być szczęśliwa. Czy to tak wiele?
Zapanowała cisza. Słyszałam tylko szum deszczu i swoje własne myśli: czy naprawdę mam prawo do nowego życia? Czy powinnam przepraszać za to, że chcę jeszcze czegoś więcej niż bycia matką?
Daria wstała gwałtownie.
— Wiesz co? Rób jak chcesz. Ale nie licz na moje wsparcie, jeśli coś pójdzie nie tak.
Drzwi trzasnęły za nią z hukiem. Zostałam sama w kuchni, z kubkiem zimnej herbaty i sercem pełnym żalu. Przez chwilę miałam ochotę zadzwonić do Marka i powiedzieć mu, że to wszystko nie ma sensu. Że jestem za stara na miłość i zmiany.
Ale potem przypomniałam sobie tamten wieczór sprzed tygodnia, kiedy tańczyliśmy walca w małej sali na Ochocie. Marek śmiał się wtedy tak głośno, że wszyscy patrzyli tylko na nas. „Jesteś piękna” — powiedział mi wtedy do ucha. Dawno nikt tak do mnie nie mówił.
Następnego dnia Daria zadzwoniła do mnie z pracy.
— Mamo… przepraszam za wczoraj. Po prostu się martwię. Nie chcę cię stracić.
— Nie stracisz mnie — odpowiedziałam łagodnie. — Ale musisz pozwolić mi żyć po swojemu.
Rozłączyła się bez słowa.
Przez kolejne tygodnie nasze rozmowy były chłodne i krótkie. Czułam jej dystans nawet przez telefon. Marek zauważył mój smutek.
— Może powinnaś dać jej czas? — zapytał pewnego wieczoru.
— A jeśli nigdy mnie nie zaakceptuje? Jeśli zawsze będę musiała wybierać między nią a sobą?
Marek ujął moją dłoń.
— Dzieci muszą dorosnąć do tego, że ich rodzice też mają prawo do szczęścia.
Ale czy naprawdę mają? Czy polska matka może być szczęśliwa bez poczucia winy?
Pewnej niedzieli postanowiłam zaprosić Darię na obiad. Przygotowałam jej ulubione pierogi ruskie i kompot z wiśni. Kiedy przyszła, była spięta i milcząca.
— Daria… chciałabym ci kogoś przedstawić — powiedziałam drżącym głosem.
Marek wszedł do kuchni z bukietem tulipanów.
— Dzień dobry, Dario — powiedział spokojnie.
Moja córka spojrzała na niego z chłodną rezerwą.
Obiad był napięty. Marek opowiadał o swoich wnukach i podróżach po Mazurach, a Daria odpowiadała półsłówkami. Widziałam jednak, że obserwuje go uważnie.
Po obiedzie wyszłyśmy na balkon.
— Mamo… on wydaje się w porządku — powiedziała cicho Daria. — Ale boję się o ciebie. Boję się, że znów będziesz cierpieć.
Objęłam ją mocno.
— Cierpiałam już wystarczająco długo. Teraz chcę spróbować być szczęśliwa — wyszeptałam jej do ucha.
Daria popatrzyła na mnie ze łzami w oczach.
— Chciałabym umieć ci zaufać…
Minęły miesiące zanim nasze relacje zaczęły się poprawiać. Były dni pełne łez i wyrzutów sumienia. Były też chwile radości — wspólne spacery po Łazienkach, śmiech przy kawie i pierwsze święta z Markiem przy stole.
Czasem jednak budzę się w nocy i pytam samą siebie: czy naprawdę mam prawo być szczęśliwa? Czy szczęście matki zawsze musi oznaczać ból dla dziecka? Może to właśnie jest największa próba miłości — pozwolić sobie i innym na nowy początek?