Dwa lata ciszy: Moja córka mnie opuściła, a ja niedługo kończę 70 lat…

— Znowu nie napisała. — Mój głos odbija się echem od pustych ścian kuchni, kiedy po raz kolejny sprawdzam telefon. Dzisiaj mijają dokładnie dwa lata, odkąd ostatni raz rozmawiałam z Kasią. Moja córka, moje jedyne dziecko, wykreśliła mnie ze swojego życia. A ja za miesiąc kończę siedemdziesiąt lat.

Pamiętam tamten dzień, jakby to było wczoraj. Była sobota, padał deszcz, a ona przyszła do mnie z walizką w ręku i łzami w oczach. — Mamo, nie mogę już tak żyć — powiedziała drżącym głosem. — Ciągle mnie krytykujesz, nigdy nie jesteś ze mnie dumna. Zawsze tylko wymagania i pretensje. — Próbowałam ją zatrzymać, tłumaczyć, że robię to z troski, że chcę dla niej jak najlepiej. Ale ona już nie słuchała. Wyszła i od tamtej pory nie odezwała się ani słowem.

Każdego dnia budzę się z nadzieją, że może dziś dostanę od niej wiadomość. Może zadzwoni, może napisze „Mamo, tęsknię”. Ale telefon milczy. W domu panuje cisza, którą czasem przerywa tylko szum czajnika albo głos radia.

Moja sąsiadka Wanda Nowak jest znana w całej okolicy. Ma 68 lat i mieszka sama od śmierci męża. Często zaglądam do niej z czymś do herbaty – po prostu, po sąsiedzku. To dobra, inteligentna kobieta, zawsze uśmiechnięta, choć wiem, że i ona nosi w sobie wiele smutku. Dziś postanowiłam do niej zajrzeć.

— Dzień dobry, Wandziu — mówię cicho, stając w progu jej mieszkania z talerzem świeżych drożdżówek.

— O, Marysiu! Wchodź, wchodź! — zaprasza mnie do środka z tym swoim ciepłym uśmiechem.

Siadamy przy stole, a ja czuję, jak łzy napływają mi do oczu. — Przepraszam… — szepczę i spuszczam wzrok.

Wanda nalewa mi herbaty i kładzie dłoń na mojej ręce. — Co się dzieje?

— Dwa lata… Dwa lata ciszy od Kasi…

Wanda milknie na chwilę, a potem mówi: — Wiesz, Marysiu, czasem dzieci muszą odejść, żeby odnaleźć siebie. Ale to nie znaczy, że przestają kochać.

— Ale ja… Ja chyba wszystko zepsułam…

— Każda matka popełnia błędy. Najważniejsze to umieć przeprosić i wybaczyć sobie samej.

Zamykam oczy i przypominam sobie wszystkie nasze kłótnie. Te słowa wypowiedziane w gniewie: „Nigdy nie będziesz taka jak chciałam”, „Zawiodłaś mnie”. Teraz brzmią jak wyrok. Czy naprawdę byłam aż tak surowa? Czy nie widziałam jej starań?

Wanda opowiada mi o swoim synu, który mieszka za granicą i rzadko dzwoni. — Czasem myślę, że to wszystko przez te nasze oczekiwania… Chcemy dla nich lepszego życia, a zapominamy zapytać, czego oni chcą.

Wracam do domu późnym wieczorem. Siadam przy stole i patrzę na zdjęcie Kasi z dzieciństwa – uśmiechnięta dziewczynka z warkoczykami i rozbieganymi oczami. Gdzie popełniłam błąd? Czy jeszcze kiedyś będziemy mogły porozmawiać bez żalu?

Następnego dnia postanawiam napisać do niej list. Prawdziwy list, na papierze – może to będzie bardziej osobiste niż kolejny SMS.

„Kochana Kasiu,
Nie wiem nawet, czy przeczytasz te słowa. Chciałabym Cię przeprosić za wszystko, co powiedziałam i czego nie powiedziałam wtedy, kiedy powinnam była być przy Tobie. Tęsknię za Tobą każdego dnia. Wiem, że byłam surowa i wymagająca – może za bardzo chciałam Cię ochronić przed światem. Ale teraz widzę, że powinnam była po prostu być Twoją mamą i pozwolić Ci być sobą.
Jeśli kiedyś zechcesz wrócić – będę czekać.
Kocham Cię.
Mama”

Zanoszę list na pocztę z drżącymi dłońmi. Przez kolejne dni żyję nadzieją i strachem jednocześnie – co jeśli nie odpowie? Co jeśli już nigdy się nie odezwie?

Mijają tygodnie. Wanda odwiedza mnie częściej niż zwykle. Raz przynosi mi kwiaty z ogródka, innym razem ciasto drożdżowe. Rozmawiamy o wszystkim – o pogodzie, o dawnych czasach, o tym, jak bardzo brakuje nam bliskich.

Pewnego wieczoru dzwoni domofon. Serce podskakuje mi do gardła.
— Halo?
— Mamo…
To jej głos. Drżący, niepewny.
— Kasiu?!
— Mogę wejść?
Otwieram drzwi i widzę ją – starszą o dwa lata, zmęczoną życiem, ale moją córkę. Rzucamy się sobie w ramiona i płaczemy obie jak dzieci.

— Przepraszam… — szepcze Kasia przez łzy.
— To ja przepraszam…
Siedzimy długo przy stole, rozmawiamy o wszystkim i o niczym. O tym, co nas bolało i co nas dzieliło. O tym, jak bardzo się bałyśmy stracić siebie na zawsze.

Kiedy Kasia wychodzi tego wieczoru, czuję ulgę i nadzieję pierwszy raz od dwóch lat. Może nie naprawimy wszystkiego od razu. Może jeszcze wiele przed nami trudnych rozmów. Ale najważniejsze jest to, że znów jesteśmy razem.

Czasem myślę: czy naprawdę musimy czekać aż tak długo na pojednanie? Czy nie lepiej spróbować zrozumieć siebie nawzajem wcześniej? Ile jeszcze rodzin musi przeżyć podobną ciszę? Może warto czasem zrobić pierwszy krok…