Śmiali się, że codziennie przychodzę w tej samej bluzie. Najbardziej zabolało mnie jednak to, co powiedziałem później mamie
— Nie ruszaj! — krzyknąłem, ale Marcin już wyciągał z mojego plecaka kanapkę zawiniętą w papier po chlebie.
— Uczta! Patrzcie, sam ser. Nawet masła nie ma.
Magda parsknęła śmiechem. Rzuciłem się po kanapkę, zahaczyłem biodrem o ławkę i usłyszałem trzask bidonu spadającego na podłogę. Woda popłynęła pod moje buty. Miałem trzynaście lat i chciałem tylko, żeby nikt na mnie nie patrzył.
Pani od matematyki weszła w tej samej chwili.
— Kuba, wytrzyj to i siadamy. Nie będziemy tracić lekcji.
Marcin odłożył kanapkę na parapet. Już jej nie wziąłem.
Po szkole mama zapytała, czemu mam mokry plecak. Stała przy kuchence w koszulce z nazwą marketu. Na nadgarstku miała czerwony ślad po gumowej rękawiczce; rano sprzątała klatki w sąsiednim bloku.
— Bidon się otworzył.
— Zupa jest jeszcze ciepła.
Spojrzałem na krupnik i nagle wszystko we mnie pękło.
— Znowu? Nie możemy chociaż raz zjeść czegoś normalnego?
Mama znieruchomiała z chochlą w ręce.
— Wczoraj mówiłeś, że lubisz.
— A ty ciągle mówisz, że nie ma pieniędzy!
Nie krzyknęła. Odstawiła chochlę tak ostrożnie, jakby mogła ją stłuc. To było gorsze od awantury.
Uciekłem do babci. Mieszkała dwa bloki dalej, na czwartym piętrze bez windy. Kiedy otworzyła, od razu zapytała:
— Kto ci dokucza?
Wzruszyłem ramionami. Dopiero przy herbacie powiedziałem o bluzie, kanapce i tym, że od miesiąca wymyślam powody, żeby nie chodzić na szkolną stołówkę. Inni kupowali obiady. Ja czekałem do domu.
— Mama wie?
— Ma dość swoich problemów.
Babcia pokroiła jabłko na ćwiartki. Jedną podała mnie, drugą długo obracała w palcach.
— Twoja mama potrzebuje wiedzieć, co się z tobą dzieje. Nie tylko ile zostało na liczniku prądu.
— I co zrobi? Przyjdzie do szkoły? Dopiero będą mieli zabawę.
Nie odpowiedziała od razu.
— Nie wiem, Kubusiu. Ale sam tego nie musisz dźwigać.
W piątek zaszedłem do marketu. Chciałem poprosić mamę o zgodę na nocowanie u babci. Zobaczyłem ją przy kasie, zanim ona zobaczyła mnie.
Kobieta w jasnym płaszczu stukała palcem w paragon.
— Trzeba było uważać. Ja nie mam czasu czekać na kierowniczkę.
Mama przepraszała. Dwa razy. Potem poprawiła okulary i uśmiechnęła się tym swoim zmęczonym uśmiechem, którym w domu próbowała mnie uspokajać.
Stałem za regałem z makaronem. Przypomniało mi się, jak wrzeszczałem na nią o zupę.
Wieczorem postawiłem przed nią talerz i powiedziałem:
— Mamo, ja wtedy nie byłem zły na ciebie.
Usiadła. Opowiedziałem jej wszystko, chociaż przy kanapce głos mi się urwał. Mama chciała mnie przytulić, ale najpierw zapytała:
— Mogę?
Wtedy dopiero się rozpłakałem.
W poniedziałek poszła do wychowawczyni. Bałem się tak bardzo, że w szatni bolał mnie brzuch.
Po drugiej lekcji Marcin zagrodził mi drogę.
— Poskarżyłeś się mamusi?
Nie odpowiedziałem. Przeszedłem obok niego do gabinetu pedagoga, tak jak wcześniej ustaliliśmy. Ręce mi się trzęsły. Żadnej odwagi wtedy nie czułem, tylko strach.
Najtrudniejsze było spotkanie z jego mamą. Powiedziała, że syn „czasem żartuje bez wyczucia”. Moja mama ścisnęła pasek torebki.
— Mój syn przestaje jeść w szkole. Proszę tego nie nazywać żartem.
Pierwszy raz usłyszałem ją tak stanowczą.
Nie skończyło się od razu. Przez kilka dni ktoś szeptał za mną „skarżypyta”. Wychowawczyni zaczęła jednak reagować. Rozmawiała z nami osobno, pilnowała przerw. Pani od matematyki zatrzymała mnie po lekcji i przeprosiła, że wtedy zobaczyła tylko rozlaną wodę.
Mama z pomocą pedagoga złożyła wniosek o dofinansowanie obiadów. Wstydziłem się pierwszego dnia. Stałem przy drzwiach stołówki, aż pani z kuchni zawołała:
— Kuba, chodź, bo ziemniaki wystygną.
Nikt nie dostał specjalnej karteczki. Nikt nie musiał wiedzieć, kto płaci pełną cenę.
Magda kiedyś usiadła obok mnie na korytarzu.
— Głupio wyszło z tą bluzą — powiedziała.
— Mnie nie było głupio. Mnie było przykro.
Spuściła wzrok. Nie zostaliśmy przyjaciółmi, ale przestała się śmiać.
Nadal noszę tę bluzę. Babcia wszyła pod łokciem łatę, trochę ciemniejszą od materiału. Mama nadal liczy pieniądze przy kuchennym stole. Czasem odkładam talerz do zlewu i widzę, że zostawiła sobie mniej ziemniaków. Wtedy dzielę swoje na pół. Już nie udajemy, że tego nie zauważamy.
Chciałbym tylko wiedzieć, dlaczego to głodne dziecko tak często musi się wstydzić, a nie człowiek, który się z niego śmieje.