Teściowa przez lata dawała mi odczuć, że jestem złą matką. Kiedy odpłaciłam jej tym samym, obie pękłyśmy
— Zostaw, ja to zrobię. Ty nawet dziecku obiadu nie umiesz podać — powiedziała teściowa i wyjęła mi talerz z ręki.
Zupa chlusnęła na ceratę. Zosia odsunęła krzesło, a ja stałam przy kuchence z chochlą, czując, jak pieką mnie uszy.
— Babciu, ale mama dobrze gotuje — odezwał się Antek.
— Ty jeszcze nie wiesz, co jest dobre.
Właśnie wtedy coś we mnie puściło. Nie dlatego, że obraziła moją zupę. Dlatego, że mój dziewięcioletni syn znowu musiał mnie bronić.
Mieszkaliśmy u pani Stanisławy ósmy rok. Miało być na chwilę, dopóki nie odłożymy na wkład własny. Potem Piotr stracił pracę, urodził się Antek, później Zosia. Oszczędności zjadały naprawy samochodu, dentysta, zwykłe życie.
Dokładaliśmy się do czynszu i rachunków, kupowaliśmy większość jedzenia. Tylko mieszkanie wciąż było jej. Przypominała nam o tym bez mówienia wprost.
— U mnie ręczników nie suszy się na drzwiach.
— W moim domu dzieci nie pyskują.
— Jak ja wychowywałam Piotrusia, nie potrzebowałam porad z telefonu.
Pracowałam w piekarni od szóstej rano. Wracałam z bolącymi plecami i już w windzie zastanawiałam się, co tym razem zrobiłam źle. Za cienka czapka Zosi. Niewytarta szafka. Kotlety, które „Piotruś zje, bo on nie chce robić przykrości”.
Mąż zwykle wzruszał ramionami.
— Wiesz, jaka mama jest. Nie bierz wszystkiego do siebie.
A do kogo miałam brać, skoro mówiła do mnie?
Po tamtej awanturze przy zupie nie odpowiedziałam ani słowem. Wytarłam stół. Wieczorem pierwszy raz od dawna nie zapytałam teściowej, czy zrobić jej herbatę.
Drobiazg. A jednak poczułam ulgę.
Potem przestałam pytać, co chciałaby na obiad. Gotowałam dla nas, porcję dla niej zostawiałam w garnku. Kiedy wybieraliśmy się z dziećmi do parku, ubierałam je bez zapraszania babci.
— Wychodzicie? — zapytała kiedyś, stojąc w przedpokoju z siatką na zakupy.
— Jak widać.
Zamknęłam drzwi, zanim zdążyła odpowiedzieć.
Wiedziałam, że czekała na te spacery. Od śmierci teścia prawie nigdzie nie chodziła poza sklepem i kościołem. Właśnie dlatego to robiłam. Chciałam, żeby choć przez chwilę poczuła się tak nieważna jak ja.
Najgorzej zachowałam się przed przedstawieniem Zosi. Teściowa szykowała jej spódniczkę, przyszywała gumkę przy kuchennym stole. Wiedziałam, że chce przyjść.
O zmianie godziny powiedziałam Piotrowi. Jej nie.
Kiedy wróciliśmy, siedziała w płaszczu. Na kolanach trzymała mały bukiet goździków.
— Już po wszystkim? — spytała.
Zosia zaczęła opowiadać, ale urwała, patrząc na jej twarz.
— Zapomniałam powiedzieć — skłamałam.
Teściowa zdjęła płaszcz. Powoli, jakby nagle bardzo ją zmęczył.
Wieczorem weszła do naszego pokoju bez pukania.
— Robisz to specjalnie.
Siedziałam na podłodze i składałam pranie.
— Co takiego?
— Nie rób ze mnie idiotki, Marta.
Rzuciłam koszulkę do kosza.
— A pani ze mnie może? Przy dzieciach? Codziennie?
— Ja wam pomagam!
— Nie prosiłam o poprawianie każdego mojego ruchu!
Piotr pojawił się w drzwiach. Już otwierał usta, więc uprzedziłam go:
— Tylko nie mów, że mam nie brać do siebie.
Zamilkł.
Teściowej drżała broda, ale nadal mówiła ostro:
— Chcesz mnie odsunąć. Żebym siedziała zamknięta i nikomu nie przeszkadzała.
— Chcę raz wrócić z pracy i nie czuć się beznadziejną matką!
Głos mi się załamał. Nienawidziłam tego, że płaczę właśnie przy niej.
— Czasem siedzę pod blokiem dziesięć minut, zanim wejdę. Wie pani? We własnym… — urwałam. — Nawet nie we własnym domu.
Usiadła na brzegu łóżka.
— Po śmierci męża nikt mnie już o nic nie pytał — powiedziała ciszej. — Jak przestanę być potrzebna, to co mi zostanie?
Patrzyłam na jej dłonie. Na kciuku miała plaster, jeszcze od szycia spódniczki.
— A ja się boję, że dzieci w końcu pani uwierzą. Że naprawdę wszystko robię źle.
Przez chwilę słychać było tylko telewizor u sąsiada.
— Nie chciałam, żebyś tak myślała.
— Ale pani to mówiła.
Skinęła głową. Potem zapytała o przedstawienie.
Przyznałam się. Bez „ale”. Powiedziałam, że chciałam ją zranić. Rozpłakała się, a ja nie próbowałam od razu jej uspokajać. Musiałam znieść to, co zrobiłam.
Nie pogodziłyśmy się tamtego wieczoru jednym uściskiem. Ustaliłyśmy jednak, że uwagi o dzieciach omawiamy bez dzieci. Że do naszego pokoju się puka. A ja nie będę karać jej ciszą ani odbierać spotkań z wnukami.
Piotr przyznał, że najwygodniej było mu udawać, że nie słyszy. Obie powiedziałyśmy mu, że to się kończy.
Nadal odkładamy na wynajem. Nadal czasem zgrzytamy zębami. Ale wczoraj teściowa zapytała, czy może doprawić zupę, zamiast wyrwać mi łyżkę.
Powiedziałam, że swoją porcję może.
Nie chcę już wygrywać z nią każdego dnia. Chcę tylko, żeby żadna z nas nie musiała pomniejszać drugiej, żeby znaleźć dla siebie miejsce.