Zamieszkaliśmy u teścia, żeby zaoszczędzić. Po kilku miesiącach wolałam liczyć każdy grosz niż znów bać się przekręcić klucz w drzwiach

— W moim domu nie będziesz zamykała drzwi na klucz — powiedział teść, naciskając klamkę łazienki. Stałam pod umywalką z mokrą twarzą i próbowałam oddychać tak cicho, żeby nie słyszał płaczu.

— Zaraz wyjdę.

— Od płakania pieniędzy nie przybędzie. Paweł! Powiedz swojej żonie, że inni też chcą się umyć.

Mój mąż siedział po drugiej stronie korytarza. Słyszałam, jak odsunął krzesło. Czekałam, aż coś powie.

Nie powiedział nic.

Trzy miesiące wcześniej właścicielka naszego mieszkania podniosła czynsz o sześćset złotych. Tydzień później zamknięto zakład, w którym Paweł pracował od dziewięciu lat. Ja zarabiałam niewiele ponad najniższą krajową w sklepie spożywczym. Po opłaceniu mieszkania, rachunków i raty za samochód zostawało nam za mało nawet na jedzenie.

Teść sam zaproponował, żebyśmy zajęli dawny pokój Pawła w jego domu pod Radomiem.

— Rodzina musi sobie pomagać — powiedział przez telefon.

Spakowałam nawet jego ulubione ciasto. Głupio mi to teraz wspominać, ale naprawdę czułam wdzięczność.

Pierwszego wieczoru dostałam instrukcję obsługi domu. Pralka tylko po dwudziestej drugiej. Kąpiel krótka, bo szambo kosztuje. Żadnego smażenia przy otwartych drzwiach. Do lodówki mieliśmy dokładać się po połowie, choć pan Stanisław robił zakupy sam i nigdy nie pokazywał paragonów.

Oddawałam mu tysiąc złotych miesięcznie. Resztę odkładaliśmy na kaucję i spłacaliśmy ratę. Mimo to przy każdej okazji słyszałam, że mieszkamy za darmo.

— Za dobrze ci było na swoim, skoro nawet zupy nie umiesz ugotować — rzucił któregoś dnia nad talerzem ogórkowej.

Paweł jadł dalej.

Wieczorem zapytałam, dlaczego mnie nie obronił.

— Przecież wiesz, jaki on jest. Jak zaczniesz odpowiadać, będzie tylko gorzej.

— Czyli mam siedzieć cicho?

— Nie przekręcaj. Mamy teraz większe problemy.

Właśnie tak to szło. Jego bezrobocie było problemem. Rata była problemem. Moje łzy były czymś, co należało przeczekać.

Teść sprawdzał, o której wracam. Kiedy autobus utknął w korku, czekał przy bramie.

— Sklep zamykają o dwudziestej. Gdzie byłaś przez godzinę?

Poczułam się jak nastolatka przyłapana na kłamstwie. Zaczęłam tłumaczyć trasę autobusu, chociaż miałam trzydzieści cztery lata.

Potem doszło liczenie kromek chleba i uwagi, że Paweł nie może znaleźć pracy, bo wraca do marudzącej żony. Mąż wysyłał CV, chodził na rozmowy, ale po kolejnych odmowach coraz częściej leżał z telefonem. Rozumiałam jego wstyd. Tylko mojego jakoś nikt nie widział.

Przestałam spać. W pracy pomyliłam dwa zamówienia i rozpłakałam się, kiedy kierowniczka zapytała, czy wszystko w porządku. Rano bolał mnie brzuch. Jadąc do domu, marzyłam, żeby autobus się zepsuł.

Po tamtym wieczorze w łazience poszłam do lekarki rodzinnej. Zapytała o sen, pracę, sytuację w domu. Przy tym ostatnim pytaniu nie mogłam wydobyć głosu.

Dostałam zwolnienie i zalecenie konsultacji ze specjalistą. Schowałam kartkę do kieszeni, jakbym zrobiła coś złego.

W domu teść zobaczył mnie przed południem.

— Teraz jeszcze będziesz udawać chorą? Mój syn potrzebuje wsparcia, nie kolejnego darmozjada.

Paweł stał przy czajniku. Patrzył na wodę.

Wtedy już nie płakałam.

— Szukam mieszkania. Możesz iść ze mną albo zostać. Ja tu dłużej nie dam rady.

Dopiero wtedy na mnie spojrzał.

Wieczorem rozłożyliśmy na łóżku kartkę z wydatkami. Pokazałam mu ogłoszenie: dwadzieścia sześć metrów na drugim końcu miasta, stare meble, kuchnia bez okna. Czynsz najmu i opłaty pochłonęłyby większość mojej pensji.

— Nie udźwigniemy tego — powiedział.

— A tego tutaj ja już nie udźwignę.

Zamilkł. Potem, pierwszy raz od wielu tygodni, zapytał mnie, jak śpię.

Nie pogodziliśmy się jednym przytuleniem. Przez kilka dni wracaliśmy do tej rozmowy. Powiedziałam mu też, że boję się wyprowadzki z nim, jeśli nadal przy każdym trudnym słowie będzie mnie zostawiał samą.

Przyjął pracę w magazynie na nocnej zmianie. Gorzej płatną niż poprzednia, bez obietnicy szybkiej podwyżki. Sprzedaliśmy samochód. Część pieniędzy poszła na spłatę rat, reszta na kaucję.

Przy wynoszeniu pudeł teść stanął w drzwiach.

— Wrócicie, jak wam zabraknie na chleb.

Ścisnęłam karton tak mocno, że pękł mi paznokieć.

— Tato, wystarczy — powiedział Paweł. — Pomogłeś nam. Ale to nie dawało ci prawa tak jej traktować.

Nie czułam zwycięstwa. Byłam zmęczona i chciałam już wyjść.

Dziś śpimy na rozkładanej kanapie. Kupuję przecenione warzywa, Paweł dojeżdża dwoma autobusami. Odkładamy nawet wizytę u fryzjera. Bywają kłótnie o pieniądze i nadal mam żal o jego milczenie.

Ale wczoraj zamknęłam łazienkę i dopiero po chwili zauważyłam, że nie nasłuchuję kroków.

Czy trzeba było czekać aż tak długo? Najbardziej boli mnie, że przez tyle tygodni uważałam własny spokój za wydatek, na który nas nie stać.