Teściowa wyrzuciła ostatnie pamiątki po mojej mamie. Dopiero gdy spakowałam walizkę, mąż przestał prosić mnie o cierpliwość
— Gdzie jest blaszane pudełko z górnej półki? — zapytałam, jeszcze w kurtce.
Teściowa nawet nie odwróciła się od zlewu.
— Wyrzuciłam. Same stare papiery, pożółkłe szmatki. Mole by się zalęgły.
Torba z zakupami wysunęła mi się z ręki. Słoik ogórków pękł na płytkach, a ja patrzyłam na plecy pani Haliny i czekałam, aż powie, że żartuje.
W pudełku były listy mojej mamy, jej chustka i jedyne zdjęcie, na którym trzymała mnie po porodzie.
Mama nie żyła od siedmiu lat.
— Do którego kontenera? — wyszeptałam.
— Aniu, nie przesadzaj. Przecież masz zdjęcia w telefonie.
Nie pamiętam, czy zamknęłam drzwi. Zbiegłam trzy piętra, w kapciach, prosto do śmietnika. Był pusty. Śmieciarka odjechała godzinę wcześniej, powiedział sąsiad, który akurat wyrzucał kartony.
Usiadłam na murku. Dopiero wtedy zauważyłam, że skaleczyłam dłoń szkłem.
Pięć miesięcy wcześniej sama zaproponowałam, żeby Halina zamieszkała u nas na trochę. Właściciel sprzedał lokal, który wynajmowała po śmierci teścia. Z emerytury nie mogła znaleźć niczego na szybko, a Piotr chodził po mieszkaniu jak struty.
— Przecież nie zostawimy mamy na ulicy — powtarzał.
Nie zamierzaliśmy. Mieliśmy czterdzieści dwa metry, kredyt i rozkładaną kanapę w salonie. Uznałam, że kilka tygodni jakoś przeżyjemy.
Na początku nawet było mi jej żal. Siedziała na brzegu kanapy z torebką na kolanach. Pytała, czy może zrobić herbatę.
Potem przestała pytać.
Najpierw przestawiła garnki, bo „tak jest wygodniej”. Później wyrzuciła moje przyprawy, bo podobno zwietrzały. Pranie poprawiała po mnie na suszarce, a kiedy gotowałam, stawała obok i bez słowa zmniejszała gaz.
— Piotruś nie lubi tak ostrego — mówiła.
Byliśmy małżeństwem od jedenastu lat. Wiedziałam, jak lubi jeść.
Pracowałam w rejestracji przychodni. Po ośmiu godzinach odbierania telefonów marzyłam o ciszy. W domu słyszałam, że za drogo kupuję, za rzadko myję okna i niepotrzebnie włączam pralkę na dwa ręczniki.
Piotr wzruszał ramionami.
— Ona chce być przydatna. Daj jej trochę czasu.
— A mnie ile czasu dasz? — zapytałam któregoś wieczoru.
Westchnął tak, jakbym dołożyła mu kolejny rachunek.
Z pieniędzmi rzeczywiście było ciasno. Rata wzrosła, samochód wymagał naprawy. Halina dokładała się do jedzenia, ale Piotr nie chciał rozmawiać z nią o dalszych planach.
Kiedy pokazałam mu ogłoszenie małej kawalerki, nawet nie spojrzał.
— Łatwo ci mówić. To nie twoja matka.
Zamilkłam. Moją pochowałam.
Od tamtej rozmowy coraz częściej jadłam kolację dopiero wtedy, kiedy oni skończyli. Zamykałam się w sypialni. Głupio mi to teraz przyznać, ale chowałam własne kosmetyki do szuflady, żeby rano znowu ich nie szukać.
A potem zniknęło pudełko.
Kiedy wróciłam spod śmietnika, Piotr zbierał szkło. Matka siedziała przy stole z mokrą ściereczką w dłoni.
— Powiedz jej coś — poprosiłam.
Spojrzał na moją zakrwawioną rękę.
— Najpierw to opatrzmy.
— Nie. Najpierw powiedz, że nie miała prawa.
Halina zaczęła płakać.
— Chciałam tylko posprzątać. Teraz wychodzi, że jestem najgorsza.
Piotr odłożył zmiotkę.
— Anka, mama przecież nie wiedziała…
— Wiedziała. Powiedziałam jej, co tam jest. Przy tobie, pamiętasz? Kiedy szukałam zdjęcia dla cioci.
Spuścił wzrok. Pamiętał.
Wyjęłam walizkę spod łóżka. Ręce tak mi drżały, że nie mogłam rozsunąć zamka.
— Albo do niedzieli ustalimy, gdzie mama zamieszka i od kiedy, albo wyprowadzam się do siostry.
— Przez pudełko rozwalisz małżeństwo?
Przestałam pakować.
— Naprawdę myślisz, że chodzi tylko o pudełko?
Tamtej nocy spał na podłodze w salonie, obok kanapy matki. Ja nie spałam wcale.
Następnego dnia zaczął dzwonić po ogłoszeniach. Dopiero wtedy zobaczył ceny. Złościł się, liczył, chodził do okna. Tym razem nie powiedziałam, że jakoś wytrzymam.
Po dwóch tygodniach wynajął Halinie kawalerkę kilka przystanków dalej. Część czynszu pokrywała z emerytury, resztę dokładaliśmy my. Kaucja poszła z oszczędności na remont łazienki.
Przy przeprowadzce Halina nie podała mi ręki.
— Będziesz kiedyś stara, to zrozumiesz — powiedziała.
Nie odpowiedziałam. Piotr też nie.
W mieszkaniu zrobiło się cicho, ale nie tak, jak sobie wyobrażałam. Przez kilka tygodni rozmawialiśmy głównie o zakupach. Kiedy mnie obejmował, sztywniałam.
W końcu przeprosił. Powiedział, że bał się zranić matkę.
— Mnie się nie bałeś? — zapytałam.
Usiadł obok, bez odpowiedzi. Pierwszy raz nie próbował mnie przekonać, że przesadzam.
Chodzimy teraz na terapię. Jest trochę lepiej. Nadal jednak zdarza mi się sięgać na górną półkę, zanim przypomnę sobie, że pudełka już nie ma.
Nie żałuję, że postawiłam granicę. Tylko dlaczego musiałam najpierw spakować walizkę, żeby mój mąż wreszcie mnie usłyszał?