Teściowa mówiła, że pod jej dachem obowiązują jej zasady. Wyprowadziłam się do domu z przeciekającym dachem, a mąż został przy mamie
— Możesz jechać sama. Mama potrzebuje mnie jutro — powiedział Paweł, odkładając moje bilety na stół.
Teściowa stała przy lodówce i mieszała łyżeczką w herbacie. Nawet na mnie nie spojrzała.
— Trzeba zawieźć mnie po sadzonki. Potem będzie przebrane — dorzuciła.
Patrzyłam na dwa bilety do teatru. Pierwsze wspólne wyjście od jedenastu miesięcy. Moja siostra miała zostać z dziećmi, sukienkę pożyczyłam od koleżanki.
— Sadzonki są ważniejsze niż nasza rocznica?
— Znowu zaczynasz? Przecież teatr nie ucieknie.
Coś mi wtedy odpuściło. Nie wybuchłam. Wzięłam bilety i schowałam je do szuflady między rachunki.
Mieszkaliśmy u jego matki osiem lat. Najpierw na chwilę, żeby odłożyć na wkład własny. Potem urodziła się Zosia, później Janek. Czynsze rosły, oszczędności topniały. Ponad sto metrów w przedwojennej kamienicy wydawało się ratunkiem.
Płaciliśmy większość opłat i kupowaliśmy jedzenie. Mimo to przy każdej sprzeczce słyszałam:
— Gdyby nie ja, mieszkalibyście pod mostem.
Pani Halina przekładała moje ubrania w szafie, bo źle je składałam. Wylewała zupę, jeśli uznała, że jest za tłusta. Kiedy zabraniałam dzieciom słodyczy przed obiadem, wyciągała cukierki i szeptała na tyle głośno, żebym słyszała:
— Nie wszystko trzeba mamie mówić.
Paweł prosił, żebym odpuściła. Zawsze ja.
Najbardziej zabolało mnie, kiedy siedmioletnia Zosia zapytała, czy babcia musi pozwolić nam pojechać na wakacje. Odpowiedziałam, że nie. Zaraz potem zorientowałam się, że sama od tygodnia układam w głowie, jak poprosić teściową o zgodę na wyjazd.
Po kłótni o teatr zadzwoniłam do kuzyna, który mieszkał niedaleko domu po moich dziadkach. Od śmierci babci zaglądałam tam rzadko. Dom odziedziczyłam sama, ale nie miałam pieniędzy na remont.
— Da się tam spać? — zapytałam.
— W jednym pokoju tak. Piec sprawny. Dach cieknie nad sienią. Przyjadę, pokażę ci wszystko.
Przez następne dwa tygodnie załatwiłam pracę zdalną na trzy miesiące, porozmawiałam ze szkołą Zosi i zamówiłam przegląd instalacji. Wydałam prawie całe swoje oszczędności na elektryka, opał i używaną pralkę.
Nie uciekałam w ciemno. A i tak trzęsły mi się ręce, kiedy pakowałam dziecięce skarpetki.
— Robisz przedstawienie — powiedział Paweł, widząc torby.
— Nie. Wyprowadzam się. Możesz przyjeżdżać do dzieci. Możesz też przyjechać do mnie. Ale nie wrócę tutaj.
Teściowa wyszła z kuchni.
— Tydzień wytrzymasz. Tam nawet porządnej łazienki nie ma.
Miała rację co do łazienki. Przy wannie odpadały płytki, a ciepła woda kończyła się po kilku minutach.
Pierwszej nocy Janek płakał za tatą. Zosia spytała, czy się rozwodzimy. Powiedziałam, że nie wiem. Potem siedziałam na podłodze w kuchni, podjadałam zimny makaron i płakałam tak cicho, żeby ich nie obudzić.
Rano obudziły mnie dzieci kłócące się o koc. Zrobiłam jajecznicę. Nikt nie zajrzał mi przez ramię. Ten zwyczajny poranek pamiętam lepiej niż własny ślub.
Remont szedł wolno. Zrywałam tapety po pracy, kiedy dzieci zasypiały. Kuzyn pomagał w soboty. Sąsiadka pożyczyła osuszacz. Raz zabrakło mi do wypłaty i sprzedałam złoty łańcuszek, prezent od Pawła.
Nie było w tym nic bohaterskiego. Byłam zmęczona, drażliwa. Na dzieci też czasem warknęłam, a potem przepraszałam.
Paweł przyjeżdżał co weekend. Początkowo przywoził słoiki od matki i opowiadał, jak bardzo przez nas cierpi.
— A zapytałeś chociaż, jak ja sobie radzę? — przerwałam mu któregoś dnia.
Zamilkł. Dopiero wtedy zauważył moje dłonie, popękane od szorowania podłogi.
Trzy tygodnie później zadzwonił wieczorem.
— Mama weszła mi do pokoju i przeglądała konto. Zostawiłem otwarty komputer. Chciała wiedzieć, ile ci przelewam.
Czekałam.
— Powiedziała, że finansuję twoje humory. Pokłóciłem się z nią. Porządnie.
— Kiedy robiła to ze mną, mówiłeś, że się troszczy.
— Wiem.
Nie powiedziałam, że wszystko dobrze. Bo nie było.
Przyjechał w następną sobotę z własną torbą i narzędziami. Zapytał, czy może zostać. Powiedziałam, że tak, ale nie udajemy, że wystarczy przenieść rzeczy.
Umówiliśmy się na terapię małżeńską. Ustaliliśmy budżet i zasady wizyt. Kiedy matka zadzwoniła, że musi natychmiast wrócić, bo trzeba przestawić kredens, odpowiedział przy mnie:
— Pomogę w środę. Dziś jestem z rodziną.
Później długo siedział na schodach. Usiadłam obok. Pierwszy raz od miesięcy sam wziął mnie za rękę.
Nadal remontujemy. W sieni stoi wiadro, a łazienka poczeka do jesieni. Paweł czasem odruchowo mówi: „Mama uważa…”, ale coraz częściej urywa i pyta o moje zdanie.
Nie żałuję wyjazdu. Żałuję tylko, że musiałam naprawdę odejść, żeby mąż usłyszał to, co mówiłam mu przez osiem lat.