Przygarnęłam kuzynkę, kiedy straciła pracę. Gdy poprosiłam o 400 zł do rachunków, usłyszałam, że na rodzinie nie powinno się zarabiać
— Czterysta złotych? Kasia, ty naprawdę chcesz zarabiać na własnej rodzinie?
Magda zaśmiała się i odstawiła na blat nowy krem. Obok leżała reklamówka z drogerii, a w zlewie od wczoraj moczyła się patelnia po jej obiedzie. Trzymałam telefon z otwartym rachunkiem za prąd. Przez chwilę nie potrafiłam wydobyć głosu.
— Nie zarabiać. Podzielić rachunki. Chociaż trochę.
— Przecież wiesz, że nie pracuję.
Wiedziałam. Od czterech miesięcy słyszałam to codziennie.
Kiedy zadzwoniła w listopadzie, płakała tak mocno, że najpierw pomyślałam, że ktoś umarł. Zamknęli sklep, w którym pracowała. Właścicielka wynajmowanego pokoju nie chciała czekać z płatnością. Magda miała trzydzieści lat, dwie walizki i podobno nikogo, do kogo mogłaby pójść.
— Przyjedź do mnie. Na miesiąc, najwyżej dwa. Coś wymyślisz.
Tak jej powiedziałam. Sama po nią pojechałam na dworzec.
Moje mieszkanie na warszawskim Bródnie ma czterdzieści trzy metry. Kupiłam je na kredyt po rozwodzie. W małym pokoju stało biurko do pracy i rozkładana kanapa. Oddałam jej pokój, a komputer przeniosłam na stół w kuchni.
Pierwszego wieczoru zrobiła herbatę, objęła mnie i powiedziała:
— Nie zapomnę ci tego. Naprawdę.
Przez dwa tygodnie nawet było dobrze. Gotowała zupę, rozwieszała pranie. Potem zaczęła wstawać po jedenastej. Kiedy wychodziłam do pracy, spała. Kiedy wracałam, oglądała seriale pod moim kocem, z moim kubkiem na podłodze.
Prosiłam o drobiazgi. Żeby wyjmowała włosy z odpływu. Żeby wyrzucała śmieci. Żeby nie zostawiała mokrych ręczników na drewnianych drzwiach.
— Jezu, zaraz. Nie jesteś moją matką.
Więc robiłam sama. Bo szybciej. Bo po ośmiu godzinach w przychodni, gdzie pracuję na rejestracji, nie miałam siły zaczynać kolejnej kłótni.
Tylko że moje zakupy znikały dwa razy szybciej. Skończyły się oszczędności odłożone na dentystę. W lutym zapłaciłam ratę i przez trzy dni liczyłam, czy wystarczy mi na bilet miesięczny.
Wtedy pod drzwiami zaczęły pojawiać się paczki.
Buty, płaszcz, perfumy. Magda rozpakowywała je przy mnie bez skrępowania.
— Skąd masz na to pieniądze? — zapytałam w końcu.
— Były promocje. Mam sobie wszystkiego odmawiać, bo chwilowo jest gorzej?
To po tej rozmowie poprosiłam o czterysta złotych. Choćby od następnego miesiąca. Powiedziałam też, że może zamiast pieniędzy regularnie kupować jedzenie i przejąć część obowiązków.
Wywróciła oczami.
— Wiedziałam, że w końcu mi wypomnisz tę kanapę.
Wieczorem zadzwoniła ciocia Ewa, jej mama.
— Podobno wyliczasz Magdzie każdy kawałek chleba.
Stałam przy kasie w dyskoncie. Przede mną leżały przecenione jogurty i ziemniaki. Aż mnie zatkało.
— Ciociu, ja tylko poprosiłam…
— Ona ma teraz trudny czas. Tobie się przecież powodzi. Masz własne mieszkanie.
Powiedziałam, ile wynosi rata. Ciocia westchnęła, jakbym specjalnie zmieniała temat.
— Ja jej co miesiąc przesyłam sześćset złotych na utrzymanie. Więcej nie dam rady.
Ścisnęłam telefon.
— Mnie powiedziała, że nie ma żadnych pieniędzy.
Po drugiej stronie zrobiło się cicho. Potem ciocia powiedziała, że musi kończyć.
W domu Magda siedziała na kanapie z maseczką na twarzy. Zapytałam o przelewy.
— To pieniądze od mojej mamy. Nie twoja sprawa.
— Moja, kiedy płacę za twoje jedzenie.
Zerwała maseczkę i rzuciła ją na stolik.
— Trzeba było od razu powiedzieć, że jesteś taka interesowna!
Nie krzyczałam. Sama byłam zdziwiona, jak spokojnie zabrzmiał mój głos.
— Masz sześć tygodni na znalezienie pokoju. Do końca kwietnia.
Nazajutrz telefon nie przestawał dzwonić. Mama mówiła, żebym nie robiła wstydu. Wujek wypomniał mi, że kiedyś woził mnie do szkoły. Ciocia napisała, że samotność najwyraźniej zrobiła ze mnie zgorzkniałą kobietę.
To zabolało najbardziej. Wiedziała, ile kosztował mnie rozwód.
Mamie powiedziałam:
— Możesz ją przyjąć do siebie.
— Dobrze wiesz, że nie mam warunków.
Popatrzyłam na biurko wciśnięte między lodówkę a kaloryfer.
— Ja też nie mam. Tylko ja już nie mam gdzie od tego odpocząć.
Magda wyprowadziła się trzy dni przed terminem. Po pokój w mieszkaniu znajomej przyjechał po nią wujek. Minął mnie w przedpokoju bez słowa.
Został brudny kubek, plama po podkładzie na poduszce i klucze rzucone na szafkę. Przez chwilę stałam pod zamkniętymi drzwiami, nasłuchując windy.
Potem usiadłam na podłodze i się rozpłakałam. Nie z ulgi, jeszcze nie. Najpierw przyszło poczucie winy.
Mama nadal pyta, czy nie mogłabym zadzwonić pierwsza. Ja wreszcie mam pieniądze na dentystę, ale przy rodzinnym stole zrobiło się dla mnie jakby mniej miejsca.
Czy naprawdę powinnam była pomagać dłużej, skoro mnie samą zaczynało to przerastać?