Po śmierci mamy usłyszałam, że dom rodzinny należy do mojego brata. Dał mi dwa tygodnie na wyprowadzkę

— Masz dwa tygodnie, żeby zabrać swoje rzeczy — powiedział Marek, stojąc w kuchni mamy i obracając w palcach komplet kluczy.

Jeszcze na stole leżała niedopita herbata po spotkaniu u notariusza. Nie zdążyłam nawet zdjąć czarnej sukienki po mszy w intencji mamy, a mój przyrodni brat już mierzył wzrokiem ściany, jakby zastanawiał się, za ile sprzeda dom.

— Chyba żartujesz — wyszeptałam.

— Nie żartuję. Dom jest mój. Tak chciała mama.

To ostatnie zdanie zabolało najbardziej.

W tym domu spędziłam czterdzieści dwa lata. Tu odrabiałam lekcje przy piecu kaflowym, tu ojciec uczył mnie lepić pierogi, chociaż sam robił je koszmarnie. Po rozwodzie wróciłam tu z jedną walizką i ośmioletnią córką. Później zostałam, bo najpierw zachorował ojciec, a trzy lata po jego śmierci mama przestała sobie radzić.

Marek nie pojawiał się prawie wcale. Był synem mamy z pierwszego małżeństwa i od kilkunastu lat mieszkał pod Poznaniem. Dzwonił na święta, czasem wysyłał kwiaty. Kiedy prosiłam, żeby przyjechał choć na weekend, odpowiadał, że ma pracę, raty i swoje życie.

Ja też miałam swoje życie. Tylko jakoś nikt o tym nie pamiętał.

To ja zmieniałam mamie opatrunki. Woziłam ją do przychodni starym samochodem, który zimą odpalał dopiero za trzecim razem. Płaciłam rachunki, kupowałam węgiel, gotowałam zupy bez soli. W ostatnich miesiącach spałam na kanapie obok jej pokoju, bo bała się, że w nocy zabraknie jej powietrza.

Rodzice zawsze mówili: „Nie martw się, Aniu. To będzie twój dom”.

Ojciec przepisał swój udział mamie, gdy zachorował. Tłumaczył, że tak będzie prościej. Uwierzyłam im. Przecież byli moimi rodzicami.

U notariusza usłyszałam, że pół roku przed śmiercią mama sporządziła testament. Całą nieruchomość zapisała Markowi. Mnie przypadła szkatułka z biżuterią, w której znalazłam srebrny łańcuszek, dwa pierścionki i urwany kolczyk.

— Dlaczego? — zapytałam Marka, kiedy zostaliśmy sami.

Wzruszył ramionami.

— Mama uważała, że ty już dostałaś dużo. Mieszkałaś tu za darmo.

Za darmo.

Pokazałam mu przelewy za prąd, faktury za nowy piec i rachunek za pogrzeb ojca, który spłacałam przez rok. Nawet na nie nie spojrzał.

— To były twoje decyzje — rzucił. — Nie będziemy teraz liczyć każdej paczki pieluch.

Uderzyłam dłonią w stół tak mocno, że podskoczyły filiżanki.

— Nie mów tak o mamie.

Na moment spuścił wzrok. Myślałam, że choć trochę mu wstyd. Ale zaraz wyjął telefon i powiedział, że rozmawiał już z pośrednikiem.

Dom miał pójść na sprzedaż. Szybko, najlepiej bez remontu.

Poprosiłam o kilka miesięcy. Potem o możliwość spłaty w ratach. W końcu zapytałam, czy odda mi chociaż część pieniędzy po sprzedaży. Marek zrobił się czerwony.

— Testament jest jasny. Nie będę płacił za to, że czujesz się pokrzywdzona.

Wieczorem usiadłam w pokoju mamy. W szafie nadal wisiał jej granatowy sweter. Na parapecie stała wyschnięta pelargonia. Szukałam listu, notatki, czegokolwiek, co wyjaśniłoby jej decyzję. Znalazłam tylko kopertę z dokumentami z kancelarii i kartkę zapisaną jej drżącym pismem: „Marek obiecał, że zajmie się Anią”.

Kiedy mu ją pokazałam, zacisnął szczękę.

— Niczego takiego nie obiecywałem.

— Więc ją okłamałeś?

— A może usłyszała to, co chciała usłyszeć.

Następnego dnia wymienił zamek w bramie. Dał mi jeden klucz i przypomniał termin wyprowadzki.

Poszłam do prawniczki. Powiedziała, że mogę wystąpić o zachowek, zachować faktury i próbować udowodnić poniesione nakłady. Tyle że sprawa może potrwać, a ja potrzebuję mieszkania teraz. Moja pensja z biblioteki nie wystarcza na wynajem dużego lokalu, kaucję i przeprowadzkę. Córka studiuje we Wrocławiu i już zaproponowała, że zrezygnuje z akademika. Nie pozwolę jej na to.

Pakuję więc życie do kartonów po bananach przyniesionych ze sklepu. Każdy przedmiot coś pamięta. Kubek ojca. Obrus mamy. Rysa na framudze, przy której zaznaczałam wzrost córki.

Najgorsza nie jest nawet utrata domu. Najgorsza jest myśl, że mama mogła podjąć tę decyzję świadomie, patrząc mi codziennie w oczy, gdy podawałam jej leki.

Czy powinnam walczyć z bratem do końca, nawet jeśli ta sprawa zniszczy resztki naszej rodziny? A może rodziny już dawno nie było, tylko ja nie chciałam tego zauważyć?