Zdradziłem żonę z koleżanką z pracy. Kiedy wróciłem do domu, zostały tylko puste szafy i obrączka na stole

— Nie dotykaj mnie. I nawet nie próbuj teraz kłamać — powiedziała Marta, rzucając mój telefon na stół.

Ekran wciąż świecił. Na górze była wiadomość od Agnieszki: „Tęsknię. Wczoraj było mi z tobą tak dobrze”.

W pokoju obok spały nasze dzieci. Ośmioletnia Zosia i pięcioletni Kuba. Na suszarce wisiały ich piżamy, w zlewie stały kubki po kakao, a ja patrzyłem na żonę i gorączkowo szukałem zdania, które uratowałoby moje życie.

Nie znalazłem go.

— To nie jest tak, jak myślisz — wymamrotałem.

Marta zaśmiała się krótko, ale w jej oczach pojawiły się łzy.

— Naprawdę? To wyjaśnij mi, jak mam rozumieć „wczoraj było mi z tobą dobrze”. Może omawialiście zestawienia?

Romans trwał cztery miesiące. Agnieszka pracowała ze mną w dziale rozliczeń. Zaczęło się niewinnie: kawa po spotkaniu, narzekanie na kierownika, kilka wiadomości wieczorem. Przy niej nie byłem facetem od zepsutej pralki, rat kredytu i odbierania dzieci ze świetlicy. Śmiała się z moich żartów. Mówiła, że jestem ambitny i że Marta mnie nie docenia.

Chciałem w to wierzyć.

W domu rzeczywiście było ciężko. Marta pracowała w przychodni, często wracała zmęczona. Kłóciliśmy się o pieniądze, zakupy i to, kto miał zaprowadzić Kubę do lekarza. Ja brałem nadgodziny, a potem miałem pretensje, że nikt mi nie dziękuje. Ona prosiła, żebym był bardziej obecny.

— Mieszkasz z nami, ale jakby cię nie było — powiedziała kiedyś.

Uznałem, że przesadza. Łatwiej było obrazić się i wyjść do łazienki z telefonem.

Po odkryciu wiadomości Marta nie krzyczała długo. To było gorsze. Wyjęła z szafy dwie torby i zaczęła pakować ubrania dzieci. Składała bluzki drżącymi rękami, a ja chodziłem za nią jak ogłupiały.

— Zakończę to. Przysięgam. Pójdziemy na terapię.

— Trzeba było pomyśleć o terapii, zanim pojechałeś z nią do hotelu.

Zamarłem. Nie wiedziałem, że przeczytała wszystko.

Nad ranem obudziła dzieci. Powiedziała im, że przez jakiś czas zamieszkają u babci i dziadka pod Radomiem. Zosia spojrzała na mnie zaspana.

— Tato, jedziesz z nami?

Nie potrafiłem odpowiedzieć. Marta zatrzasnęła bagażnik starego samochodu ojca, który przyjechał po nich bez słowa. Teść tylko raz na mnie spojrzał. W tym spojrzeniu było więcej pogardy niż w każdej awanturze.

Przez następne dni dzwoniłem bez przerwy. Wysyłałem wiadomości, przepraszałem, obiecywałem, że się zmienię. Zablokowałem Agnieszkę. Zapisałem się nawet do psychologa.

Marta odpowiadała wyłącznie w sprawach dzieci.

„Kuba ma gorączkę”.

„Zosia nie chce z tobą rozmawiać”.

„Przelej pieniądze na leki”.

W pracy też wszystko się rozsypało. Agnieszka powiedziała koleżance, koleżanka komuś innemu i po tygodniu wiedziało całe piętro. Gdy wchodziłem do kuchni, rozmowy milkły. Kierownik wezwał mnie do gabinetu, bo zaniedbałem dwa zestawienia i popełniłem błąd w rozliczeniu.

— Twoje życie prywatne mnie nie interesuje, dopóki nie rozwala pracy zespołu — powiedział chłodno.

Agnieszka zaczęła mnie unikać. Kiedy zapytałem, czy to wszystko nic dla niej nie znaczyło, zacisnęła usta.

— Nie obiecywałam ci nowego życia, Paweł. Sam mówiłeś, że w domu już nic nie czujesz.

Mówiłem. Teraz te słowa wracały do mnie każdego wieczoru.

Po dwóch tygodniach pojechałem do rodziców Marty. Stałem pod furtką z kwiatami i pluszowym psem dla Kuby. Marta wyszła sama.

— Daj mi jedną szansę — prosiłem. — Zrobię wszystko.

— Ja ci dawałam szanse przez lata. Prosiłam, żebyś ze mną rozmawiał, pomagał dzieciom, wracał wcześniej. Ty chciałeś wolności. No to ją masz.

Zosia obserwowała nas zza firanki. Kiedy podniosłem rękę, odsunęła się od okna.

To zabolało najbardziej.

Marta złożyła pozew o rozwód. Widuję dzieci co drugi weekend, choć Zosia nadal jest przy mnie spięta. Kuba pyta, kiedy wrócimy do naszego mieszkania. Nie umiem mu powiedzieć, że tego mieszkania już nie ma, nawet jeśli ściany stoją w tym samym miejscu.

Wieczorami siedzę przy stole, na którym Marta zostawiła obrączkę. Rachunki nadal przychodzą. Pralka nadal czasem się psuje. Tylko nie ma już śmiechu dzieci ani jej kroków w przedpokoju.

Myślałem, że uciekam od presji. Tak naprawdę uciekłem od ludzi, którzy mnie kochali.

Czy jedna zdrada przekreśla wszystko, co było wcześniej? A może rodzinę straciłem dużo wcześniej, tylko zbyt długo nie chciałem tego zauważyć?