Przez sześć lat myłam babcię, karmiłam ją i czuwałam po nocach. Mąż w tajemnicy pomógł swojej matce zabrać cały spadek
— Wiedziałeś o testamencie? — zapytałam, trzymając w ręku kopertę znalezioną w szufladzie jego biurka.
Paweł nawet nie próbował udawać zaskoczenia. Usiadł przy kuchennym stole, potarł twarz dłońmi i powiedział cicho:
— Mama uznała, że tak będzie najlepiej.
W tamtej chwili z pokoju dobiegł kaszel babci Janiny. Ten mokry, ciężki kaszel, przy którym od sześciu lat zrywałam się nawet w środku nocy. Stałam naprzeciwko męża w poplamionym swetrze, z zapachem maści kamforowej na rękach, i czytałam testament, według którego mieszkanie, oszczędności oraz działka pod Radomiem miały przypaść mojej teściowej, Elżbiecie.
Kobiecie, która od dwunastu lat mieszkała w Niemczech i odwiedzała matkę najwyżej raz do roku.
Babcia Janina była właściwie babcią Pawła, ale po ślubie szybko stała się również moją rodziną. Kiedy złamała biodro, Elżbieta zadzwoniła do nas i zaczęła płakać, że nie może wrócić, bo straci pracę.
— Tylko na kilka tygodni — obiecywał wtedy Paweł. — Pomożemy jej stanąć na nogi.
Kilka tygodni zmieniło się w sześć lat.
Rzuciłam pracę w piekarni, bo babcia nie mogła zostawać sama. Pomagałam jej wstać z łóżka, zmieniałam pieluchomajtki, gotowałam zupy bez soli, pilnowałam leków. Nauczyłam się zakładać opatrunki i rozpoznawać po oddechu, kiedy trzeba dzwonić po pogotowie. Nasze pieniądze ledwo wystarczały. Zasiłek szedł na środki higieniczne, leki i rachunki.
Elżbieta telefonowała zwykle w niedzielę.
— Jak mama? — pytała.
Po dwóch minutach przechodziła do opowieści o promocjach, wycieczkach i nowych meblach. Gdy prosiłam, żeby przyjechała choć na miesiąc, odpowiadała, że mam przecież Pawła.
Tyle że Paweł wracał z pracy zmęczony. Jadł obiad, brał prysznic i siadał przed telewizorem. Jeśli prosiłam, żeby pomógł przy kąpieli babci, wzdychał.
— Ty robisz to sprawniej.
Wierzyłam, że rodzina pamięta takie rzeczy. Nie chodziło mi o całe mieszkanie. Chciałam tylko czuć, że moje lata miały dla nich jakieś znaczenie.
Z dokumentów wynikało, że testament sporządzono trzy miesiące wcześniej. Wtedy Elżbieta przyjechała na cztery dni. Przywiozła kawę, niemieckie proszki do prania i komplet ręczników. Dwa razy zamknęła się z babcią w pokoju. Powiedziała mi, że rozmawiają o dawnych czasach.
Teraz już wiedziałam, że sprowadziła notariusza.
— Babcia była wtedy po zapaleniu płuc — powiedziałam do Pawła. — Brała silne leki. Czasami nie wiedziała, jaki jest dzień.
— Miała świadomość tego, co podpisuje.
— Skąd wiesz?
Zamilkł. I właśnie to milczenie powiedziało mi wszystko.
— Byłeś przy tym?
— Mama poprosiła mnie, żebym był świadkiem rozmowy. Bała się, że później zaczniesz robić problemy.
Aż usiadłam, bo nogi odmówiły mi posłuszeństwa.
— Ja zacznę robić problemy? Ja, która przez sześć lat podcierałam twoją babcię, kiedy wy oboje byliście zajęci swoim życiem?
Paweł zacisnął szczękę.
— To majątek mamy po jej matce. Poza tym kiedyś i tak coś z tego dostaniemy.
„Dostaniemy”. Jakby próbował przykleić mnie do swojej zdrady jednym słowem.
Następnego dnia zadzwoniłam do Elżbiety. Nie zaprzeczała.
— Agnieszko, opiekowałaś się mamą, bo tu mieszkałaś. Nie rób z siebie męczennicy — powiedziała chłodno. — Mieszkanie jest rodzinne.
— A ja kim byłam przez te wszystkie lata? Darmową opiekunką?
— Nikt cię do niczego nie zmuszał.
Rozłączyłam się, zanim usłyszała mój płacz.
Wieczorem spakowałam dwie torby. Paweł stał w przedpokoju i patrzył, jak składam ubrania.
— Chcesz odejść przez mieszkanie?
— Nie. Przez to, że patrzyłeś, jak tracę zdrowie, i ani razu nie powiedziałeś mi prawdy.
Zatrzymałam się jednak przy drzwiach pokoju babci. Leżała skulona, drobna jak dziecko. Kiedy poprawiłam jej kołdrę, złapała mnie za nadgarstek.
— Nie zostawiaj mnie, Agnieszko — wyszeptała.
I znowu zostałam. Nie dla Pawła. Nie dla spadku. Dla niej.
Skonsultowałam testament z prawnikiem. Powiedział, że można próbować go podważyć, jeśli udowodnimy brak świadomości albo nacisk, ale czeka mnie trudna, kosztowna walka. Zaczęłam odkładać dokumentację medyczną i nagrania rozmów. Jednocześnie szukam pracy oraz małego pokoju do wynajęcia. Gdy babci zabraknie, odejdę.
Tylko czasami zastanawiam się, czy walka o sprawiedliwość mnie ocali, czy zabierze mi resztę sił. Wy na moim miejscu walczylibyście o ten majątek, czy zamknęlibyście drzwi i już nigdy nie spojrzeli za siebie?