Przez lata spłacałam długi mamy i brata. Kiedy powiedziałam „dość”, usłyszałam, że jestem wyrodną córką

— Jeśli mu nie pomożesz, komornik zabierze wszystko! Naprawdę chcesz mieć brata na sumieniu?!

Mama krzyczała tak głośno, że musiałam odsunąć telefon od ucha. Stałam wtedy w łazience naszego wynajmowanego mieszkania w Łodzi, bo Paweł siedział w kuchni i nie chciałam, żeby znowu słyszał tę samą rozmowę.

Na pralce leżał wydruk z banku. Brakowało nam trzydziestu dwóch tysięcy do wkładu własnego. Tyle mniej więcej przelałam rodzinie przez ostatnie cztery lata.

— Mamo, Kamil ma trzydzieści trzy lata — powiedziałam cicho. — Nie mogę kolejny raz spłacać jego długów.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Potem usłyszałam tylko:

— Zmieniłaś się. Paweł cię nastawił przeciwko nam.

Zawsze padało jego imię, gdy próbowałam odmówić.

Zaczęło się niewinnie. Mama po śmierci taty została z niewielką rentą i ratą za wymianę pieca. Pracowałam wtedy w księgowości, zarabiałam niecałe cztery tysiące na rękę. Wysyłałam jej pięćset złotych miesięcznie. Czułam, że tak trzeba. Byłam starszą córką, tą rozsądną.

Później Kamil stracił pracę w hurtowni. Wziął pierwszą chwilówkę na czynsz, drugą na spłatę pierwszej. Mama podpisała mu kredyt, choć ledwo wiązała koniec z końcem.

— Tylko tym razem — zapewniał mnie przy kuchennym stole. — Od przyszłego miesiąca zaczynam pracę u znajomego.

Przelałam siedem tysięcy. Praca nie wypaliła. Za to pojawiły się kolejne pożyczki, zaległy rachunek za prąd i telefon kupiony na raty, którego podobno potrzebował do szukania zatrudnienia.

Co miesiąc po wypłacie najpierw sprawdzałam wiadomości od mamy, dopiero potem własne opłaty. Raz wysłała mi zdjęcie pustej lodówki. Innym razem kopertę z czerwonym nadrukiem. Nie potrafiłam zasnąć, dopóki nie zrobiłam przelewu.

Paweł długo nic nie mówił. Odkładaliśmy na mieszkanie, ale nasze oszczędności prawie nie rosły. Kiedy koledzy brali kredyty i urządzali własne kuchnie, my kolejny rok płaciliśmy za wynajem dwa tysiące sześćset złotych.

— Marta, my też jesteśmy rodziną — powiedział pewnego wieczoru.

— Mama nie ma nikogo poza nami.

— Ma Kamila. Tylko że Kamil ma ciebie zamiast odpowiedzialności.

Zabolało mnie to. Oskarżyłam Pawła o brak serca. Spał wtedy na kanapie, a ja płakałam po cichu, choć sama nie wiedziałam, czy bronię mamy, czy własnego poczucia, że jestem potrzebna.

Przełom nastąpił w sobotę. Przyjechałam do mamy bez zapowiedzi. Kamil siedział przed telewizorem w nowych butach, a na stole leżał kupon z zakładu. Tydzień wcześniej pożyczyłam mu tysiąc dwieście złotych na zaległy gaz.

— Skąd masz buty? — zapytałam.

Wzruszył ramionami.

— Była promocja.

— A pieniądze na gaz?

— Nie zaczynaj. Oddam ci.

Mama natychmiast weszła między nas.

— Chłopak też musi coś mieć z życia.

Wtedy coś we mnie pękło. Ja od dwóch lat chodziłam w zimowym płaszczu z urwanym guzikiem, bo każda większa rzecz wydawała mi się zbędnym wydatkiem. Odwołaliśmy z Pawłem wakacje. Nawet wizytę u dentysty przesunęłam o trzy miesiące.

A Kamil musiał coś mieć z życia.

Dwa tygodnie później zadzwonił, że ma dwanaście tysięcy długu. Jeśli nie zapłaci, sprawa trafi dalej. Mówił szybko, nerwowo. Mama płakała w tle.

— Nie dam ci pieniędzy — odpowiedziałam.

— Co?

— Mogę pomóc ci rozpisać budżet. Pójdę z tobą do doradcy. Ale nie zapłacę.

— Czyli zostawiasz mnie w gównie?

— Sam w nie wszedłeś.

Rozłączył się. Mama zadzwoniła minutę później i nazwała mnie egoistką. Powiedziała, że tata by się mnie wstydził. To było najgorsze, bo wiedziała, jak bardzo za nim tęsknię.

Drżały mi ręce, ale tym razem nie zrobiłam przelewu. Zablokowałam na noc ich numery i usiadłam obok Pawła.

— Przepraszam — wyszeptałam. — Bałam się, że jeśli przestanę ich ratować, przestaną mnie kochać.

Paweł ścisnął moją dłoń.

— Miłość nie powinna przychodzić z numerem konta.

Od tamtej rozmowy minęło pół roku. Kamil podjął pracę i spłaca długi, choć nadal się do mnie nie odzywa. Mama dzwoni rzadko. W każdej rozmowie czuję chłód, ale nie ustępuję. Pierwszy raz mamy z Pawłem osobne konto oszczędnościowe, na którym pieniądze naprawdę zostają.

Czasem nadal czuję się jak zła córka. Tylko czy stawianie granic naprawdę jest egoizmem, jeśli wcześniej oddało się bliskim prawie całe własne życie?