Zapłaciłem koledze za obiad, a kiedy upomniałem się o pieniądze, cała kantyna nagle zamilkła

— Paweł, ratuj, zapomniałem portfela. Zapłać za mnie, zaraz puszczę ci Blika — powiedział Krzysiek, stojąc z tacą przy kasie.

Za nami czekało chyba dziesięć osób. Kasjerka stukała palcami w blat, a Krzysiek patrzył na mnie tak, jakby chodziło o podanie mu solniczki, nie o pieniądze. Zapłaciłem. Trzydzieści osiem złotych za jego schabowego, ziemniaki, surówkę i kompot.

— Dzięki, jesteś człowiek — rzucił i klepnął mnie w ramię.

Usiedliśmy przy stoliku. Krzysiek jadł szybko, opowiadając o awarii samochodu i rachunku za gaz. Przelewu nie zrobił. Pomyślałem, że zapomniał. Sam czasem odkładam telefon i po godzinie nie pamiętam, po co go wyciągnąłem.

Po pracy wysłałem mu krótką wiadomość: „Pamiętaj o obiedzie”. Odczytał. Nie odpowiedział.

Następnego dnia spotkałem go przy ekspresie.

— Krzysiek, podeślesz te trzydzieści osiem złotych?

— Jasne. Kurczę, bank mi coś wczoraj szwankował. Wieczorem ogarnę.

Powiedział to swobodnie, mieszając kawę. Poczułem się wręcz głupio, że się upominam. Przecież to nie była fortuna. Tylko że wtedy miałem do wypłaty dziewięć dni, ratę za pralkę i dwieście trzydzieści złotych na koncie. Żonie nie powiedziałem, bo już wcześniej pokłóciliśmy się o pieniądze.

— Ty zawsze wszystkich ratujesz, a potem sam się martwisz — powiedziała niedawno.

Zabolało mnie, bo miała rację.

Minęły cztery dni. Krzysiek zdążył zamówić paczkę do biura, kupić kawę na stacji i pochwalić się nowymi słuchawkami. Moich pieniędzy nadal nie oddał.

Gdy przypomniałem mu trzeci raz, westchnął.

— Paweł, naprawdę będziemy się szarpać o niecałe czterdzieści złotych?

— Nie szarpię się. Chcę tylko, żebyś oddał.

— No oddam. Nie rób afery.

To „nie rób afery” siedziało we mnie przez resztę dnia. To on nie dotrzymał słowa, a jednak jakoś wyszło, że problemem jestem ja.

Przy drukarce zaczepiła mnie Aneta.

— Krzysiek znowu pożyczył?

Zamarłem.

— Skąd wiesz?

Aneta skrzywiła się i pokazała ekran telefonu. Miała kilka wiadomości od niego. Najpierw prosił o dwadzieścia złotych na taksówkę, potem o piętnaście na śniadanie. Wszystko sprzed paru miesięcy.

— Mnie wisi trzydzieści pięć. Tomkowi chyba sześćdziesiąt. Marcie też coś. Każdemu mówi, że zaraz odda. Ludzie odpuszczają, bo głupio się wykłócać o drobne.

Nagle zrobiło mi się gorąco. Nie chodziło już o obiad. Krzysiek dobrze wiedział, co robi. Brał małe kwoty, takie, o które człowiek wstydzi się walczyć. Korzystał z tego, że chcieliśmy zachować spokój.

W piątek zeszliśmy całą grupą do kantyny. Krzysiek usiadł naprzeciwko mnie i zażartował, czy tym razem też stawiam. Kilka osób nerwowo się uśmiechnęło.

Odłożyłem widelec.

— Nie. I chciałbym, żebyś teraz oddał mi trzydzieści osiem złotych.

Przy stole ucichło. Krzysiek poczerwieniał.

— Serio? Przy wszystkich?

— Prosiłem cię prywatnie kilka razy.

— Nie mam teraz jak.

— Masz telefon w ręce. Mówiłeś, że zrobisz przelew Blikiem.

Przesunął krzesło z takim zgrzytem, że ludzie przy sąsiednim stoliku spojrzeli w naszą stronę.

— Ale z ciebie sknera.

Wtedy odezwała się Aneta.

— To oddaj też mnie.

Po niej Tomasz. Potem Marta. Krzysiek patrzył na nas, jakbyśmy go napadli. W końcu zaczął stukać w telefon. Po chwili dostałem powiadomienie. Trzydzieści osiem złotych.

— Zadowolony? — syknął.

Nie byłem. Czułem ulgę, ale też wstyd i złość. Nie za to, że upomniałem się o swoje. Za to, że tak długo pozwalałem mu robić ze mnie głupka.

Od tamtej pory nie pożyczam pieniędzy w pracy. Gdy ktoś prosi, odpowiadam spokojnie, że nie mieszam finansów z relacjami zawodowymi. Niektórzy uznali, że zrobiłem się chłodny. Być może. Tylko bycie „tym miłym” kosztowało mnie więcej niż trzydzieści osiem złotych.

Czy człowiek naprawdę staje się sknerą, kiedy zaczyna stawiać granice? A może właśnie na takich drobnych kwotach najlepiej widać, kto szanuje naszą życzliwość?