Wychowałam troje dzieci sama. Dziś pytają mnie głównie o to, komu zostawię mieszkanie

— Mamo, tylko powiedz jasno: przepisałaś już mieszkanie na kogoś czy nie?

Paweł stał w mojej kuchni w kurtce, jakby nawet nie zamierzał usiąść. Na stole leżały wyniki badań, recepty i zimna herbata, którą zrobiłam godzinę wcześniej. Myślałam, że zapyta o serce. Lekarz powiedział przecież, że potrzebuję zabiegu.

— Przyjechałeś do mnie pierwszy raz od czterech miesięcy i o to pytasz?

Westchnął, spojrzał na zegarek.

— Nie zaczynaj. Chcemy tylko uniknąć później problemów.

„Chcemy”. Czyli rozmawiali o mnie beze mnie. Paweł, Marta i Łukasz. Moje dzieci.

Kiedy ich ojciec, Andrzej, odszedł, Paweł miał jedenaście lat, Marta osiem, a Łukasz cztery. Pamiętam trzask drzwi i dwie reklamówki w jego rękach. Powiedział, że się dusi, że zmarnował przy mnie życie. Zostałam z kredytem, rachunkami i trzydziestoma siedmioma złotymi w portfelu.

Pracowałam rano w szkolnej stołówce, wieczorami sprzątałam biura. Cerowałam skarpety, rozcieńczałam płyn do naczyń, a przed wypłatą jadłam chleb z musztardą, żeby dzieci miały obiady. Gdy Marta chciała jechać na wycieczkę do Krakowa, sprzedałam obrączkę. Powiedziałam, że zgubiłam ją w autobusie.

Nie uważałam się za bohaterkę. Byłam matką. Robiłam to, co trzeba.

Paweł skończył studia w Poznaniu. Marta dostała ode mnie pieniądze na wkład do mieszkania. Łukasz przez rok mieszkał ze mną po rozwodzie, razem z psem, którego sierść do dziś znajduję za szafą. Nigdy nie liczyłam, ile im dałam. A może powinnam?

Zaczęło się niewinnie. Rzadziej dzwonili. W święta przyjeżdżali na dwie godziny, każdy z telefonem w ręce. Potem Marta powiedziała, że barszcz szkodzi dzieciom, Paweł miał ważne spotkanie, a Łukasz „odezwie się później”. To później trwało nieraz trzy tygodnie.

Gdy trafiłam do szpitala po zasłabnięciu na przystanku, zadzwoniłam do Marty.

— Mamo, jestem teraz w drogerii. Może poproś sąsiadkę?

— Lekarz mówi, że ktoś powinien mnie odebrać.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Dobrze, zapytam Pawła.

Ostatecznie przyjechała pani Krystyna z parteru. Dała mi swój sweter, bo trzęsłam się z zimna, i kupiła rosół w barze mlecznym. Moje dzieci wysłały wiadomości z serduszkami.

Tydzień później zjawili się wszyscy. Przynieśli ciasto, którego nie mogłam jeść, i teczkę.

— Trzeba uporządkować sprawy — oznajmiła Marta. — Mieszkanie jest duże. Gdybyś przepisała je wcześniej, byłoby łatwiej.

— Komu łatwiej?

Łukasz zaczął obracać kluczyki w dłoni.

— No wszystkim. Nie patrz tak. Martwimy się.

— O mnie czy o te ściany?

Paweł podniósł głos.

— Zawsze robisz z nas potwory! Mamy pracę, dzieci, kredyty. Nie możemy być na każde zawołanie.

Zabolało, bo ja byłam. Na każde zawołanie. Gdy mieli gorączkę, złamane serce, pusty portfel. Nawet gdy byłam tak zmęczona, że zasypiałam w ubraniu.

— Nie proszę, żebyście siedzieli przy mnie codziennie — powiedziałam. — Chciałabym czasem usłyszeć: „Mamo, jak się czujesz?”. Bez pytania, gdzie są dokumenty.

Marta zacisnęła usta.

— Ty zawsze wzbudzasz poczucie winy.

Wtedy coś we mnie pękło. Nie krzyczałam. Wzięłam teczkę i położyłam ją na parapecie.

— Mieszkania nie przepiszę żadnemu z was. Sprzedam je i przeniosę się do mniejszego, blisko przychodni. Resztę przeznaczę na leczenie i pomoc, której wy nie macie czasu mi dać.

Patrzyli na mnie, jakbym ich okradła.

Łukasz pierwszy wyszedł. Paweł rzucił, że jeszcze pożałuję. Marta rozpłakała się, ale nie przytuliła mnie. Powiedziała tylko:

— Po tym wszystkim naprawdę chcesz nas tak potraktować?

Po ich wyjściu długo siedziałam w ciszy. Na lodówce wisiały dziecięce rysunki sprzed trzydziestu lat. Trzymałam je, jakbym trzymała tamte małe dłonie. Tylko że tamtych dzieci już nie było.

Następnego dnia zadzwoniłam do pośredniczki. Potem do pani Krystyny. Poszłyśmy na kawę i pierwszy raz od dawna mówiłam o czymś innym niż choroby i rachunki.

Wciąż czekam na telefon od dzieci. Nie o spadek. O mnie.

Czy matka ma obowiązek oddać wszystko do końca, nawet jeśli w zamian dostaje tylko ciszę? A może mam prawo uratować choć resztę własnego życia?