Odmówiłem urządzenia rodzinnej Wigilii, bo widziałem, co robi ona z moją żoną. Teraz rodzice i siostra nie chcą ze mną rozmawiać
— To może od razu powiedz matce, że już jej nie potrzebujesz — syknęła moja siostra, rzucając na stół kartkę z podziałem wigilijnych potraw.
Z kuchni dobiegł brzęk łyżeczki. Anka stała przy zlewie, chociaż herbatę zaparzyła dziesięć minut wcześniej. Poznałem ten bezruch. Czekała, aż znowu powiem: „Daj spokój, jakoś to ogarniemy”.
Tym razem powiedziałem:
— Nie będzie u nas Wigilii, Kaśka. Ani w tym roku, ani dopóki sami nie będziemy tego chcieli.
Siostra spojrzała na mnie, potem na Ankę.
— No tak. Już wiadomo, kto tu rządzi.
Mam czterdzieści dwa lata i dopiero wtedy zrozumiałem, jak wygodnie przez całe życie myliłem rodzinny spokój z cudzym milczeniem.
Mieszkanie odziedziczyłem po babci. Trzy pokoje w bloku, rozkładany stół, kuchnia tak mała, że otwarta zmywarka blokuje przejście. Kiedy się ożeniłem, mama uznała, że skoro mamy największy salon, święta naturalnie przenoszą się do nas.
To „naturalnie” oznaczało dwanaście osób i Ankę na nogach od szóstej rano.
Ja wynosiłem śmieci, kupowałem napoje i uważałem się za pomocnego męża. Ona lepiła pierogi po pracy w aptece, prała obrus, pilnowała zakupów. Jeszcze pamiętała, że tata nie jada grzybów, mama nie uznaje kupnego barszczu, a Kaśka od listopada nie je mąki, chyba że akurat chodzi o sernik.
Rok wcześniej wszystko pękło przy karpiu.
— Trochę czuć mułem — stwierdził tata.
Mama odsunęła półmisek.
— U nas zawsze moczyło się w mleku. Ale teraz młodzi wszystko robią szybko.
Anka nic nie odpowiedziała. Miała plaster na kciuku i czerwone dłonie od gorącej wody. Mój brat Paweł zapytał, czy jest jeszcze kompot, a ja podałem mu dzbanek. Tyle zrobiłem.
Później znalazłem żonę w łazience. Siedziała na zamkniętej toalecie, między suszarką z ręcznikami a koszem na pranie.
— Nie płacz przez rybę — powiedziałem.
Do dziś wstydzę się tych słów.
Popatrzyła na mnie tak, jakby już nie miała siły tłumaczyć.
— Ja nie płaczę przez rybę. Ja tu cały wieczór stoję, a ty nawet nie zapytasz, czy jadłam.
Wtedy przeprosiłem. Pozmywałem. Obiecałem zmianę, a potem przez jedenaście miesięcy wygodnie o tej obietnicy nie myślałem.
Przypomniał mi o niej listopadowy wieczór. Anka liczyła paragony, siedząc w bluzie pod kocem. Spłacaliśmy jeszcze naprawę samochodu, a w aptece obcięli jej godziny.
Na telefonie wyświetliła się wiadomość od mamy: „W tym roku zrób więcej uszek, ostatnio było tak na styk”.
Anka przeczytała ją i zaczęła zapisywać listę zakupów.
— Chcesz ich zaprosić? — zapytałem.
— A mogę nie chcieć?
Nie powiedziała tego z pretensją. I chyba właśnie to zabolało najbardziej.
Zadzwoniłem do rodziców następnego dnia. Zaproponowałem, że spotkamy się w drugi dzień świąt, przy kawie. Wigilię chcieliśmy spędzić we dwoje.
Mama długo milczała.
— Ojciec ma siedemdziesiąt lat. Nie wiadomo, ile nam tych świąt zostało.
Tata przejął telefon.
— Babcia zostawiła ci mieszkanie, żeby rodzina miała gdzie się spotykać. Nie żebyś zamknął drzwi przed własną matką.
Nagle dostałem rachunek za mieszkanie, które odziedziczyłem osiem lat wcześniej.
Kaśka przyszła w sobotę z tą kartką. Uznała, że rozmowa przez telefon była nieporozumieniem. Przy swoim nazwisku wpisała mandarynki i makowiec z cukierni. Przy naszym: barszcz, uszka, pierogi, ryba, śledzie, sałatka.
— To zrób Wigilię u siebie — powiedziałem.
— Mam małe dzieci! Ty nie rozumiesz, ile to roboty?
Spojrzeliśmy na siebie. Chyba dopiero wtedy usłyszała własne słowa.
Nie przeprosiła.
Wieczorem na rodzinnej grupie napisała, że Anka mnie od nich odcina. Paweł odpisał tylko: „Słabe to”. Mama wyszła z grupy.
Napisałem, że decyzję podjąłem ja i nie zgadzam się na obwinianie mojej żony. Nikt nie odpowiedział.
Anka usiadła obok mnie.
— Nie chcę, żebyś przeze mnie stracił rodzinę.
— A ja nie chcę kolejny raz udawać, że nic ci się nie dzieje.
Bałem się. No, zwyczajnie bałem się tego, że przesadziłem. Kilka razy otwierałem rozmowę z mamą, gotowy wszystko odkręcić. Anka nie prosiła, żebym tego nie robił.
W Wigilię kupiliśmy pierogi. Barszcz ugotowałem ja, według przepisu z poplamionego zeszytu żony. Wyszedł za kwaśny.
— Dolej trochę wody — powiedziała i spróbowała jeszcze raz.
Zjedliśmy, póki wszystko było ciepłe. Potem zostawiliśmy talerze na stole i poszliśmy na spacer między blokami.
Rodzice nie odebrali telefonu. Wysłane życzenia zostały bez odpowiedzi. Bolało mnie to przez cały wieczór, mimo że po raz pierwszy od lat Anka nie zasnęła przy stole ze zmęczenia.
Tęsknię za rodzicami, ale nie za świętami, podczas których moja żona czekała na koniec wieczoru w łazience.
Czy naprawdę muszę zgodzić się na jedno, żeby nie stracić drugiego?