Dostałam róże z ostrzeżeniem przed własnym mężem. Ukryty telefon wyjaśnił, dlaczego od roku brakowało nam pieniędzy

— Wyrzuć to. Ktoś sobie robi żarty — powiedział Paweł i wyciągnął rękę po bilecik tak szybko, że odruchowo schowałam go za plecami. W zlewie leżały ziemniaki na obiad, dzieci kłóciły się o ładowarkę, a ja stałam z dwunastoma czerwonymi różami i zdaniem: „Twój mąż nie jest tym, za kogo go uważasz. Sprawdź, zanim będzie za późno”.

— Nawet nie zapytasz, od kogo dostałam kwiaty?

— Przecież mówię, że jakiś idiota.

Nie spojrzał mi w oczy. Wtedy jeszcze bardziej zabolało mnie, że od niego nie dostałam kwiatów nawet na ostatnią rocznicę.

Mieliśmy czternaście lat małżeństwa, jedenastoletnią Zosię, siedmioletniego Antka i kredyt na mieszkanie w Łodzi. Pracowałam w rejestracji przychodni, Paweł był przedstawicielem handlowym. Od miesięcy powtarzał, że firma tnie premie. Zrezygnowaliśmy z wakacji. Nosiłam buty z pękniętą podeszwą, bo Antek potrzebował aparatu ortodontycznego.

Róże postawiłam na parapecie. Bilecik schowałam do szuflady z rachunkami.

I zaczęłam patrzeć.

Wcześniej też wychodził rozmawiać na balkon, ale przecież klienci dzwonili o różnych porach. Brał prysznic od razu po powrocie, bo cały dzień siedział w samochodzie. W soboty jeździł do matki naprawiać kran, przewieźć szafkę, coś tam jeszcze.

Tydzień po bukiecie teściowa zadzwoniła do mnie.

— Powiedz Pawłowi, żeby wreszcie zajrzał. Od miesiąca go nie widziałam.

Usiadłam na brzegu wanny. Zosia pukała do drzwi, pytając, gdzie są czyste ręczniki, a ja nie potrafiłam odpowiedzieć.

Telefon znalazłam dwa dni później. Szukałam zapasowej żarówki w pawlaczu. W pudełku po wkrętarce, pod instrukcją i paragonem, leżał mały aparat w czarnym etui.

Był włączony. Kiedy go podniosłam, rozświetliła się wiadomość od Marty: „Zostawiłeś koszulę. Przyjedz jutro wcześniej, zrobię kolację”.

Kod był datą urodzin Antka.

To mnie jakoś… no, dobiło. Do ukrywania zdrady użył dnia, w którym razem płakaliśmy ze szczęścia na porodówce.

Wiadomości sięgały poprzedniej wiosny. Zdjęcia znad morza, kiedy podobno był na szkoleniu w Poznaniu. Rozmowy o wspólnym mieszkaniu. Potwierdzenia przelewów, które jej wysyłał. I jego zdanie: „Z żoną od dawna nic mnie nie łączy, tylko formalności”.

Czytałam je w kuchni, przy stole, na którym poprzedniego wieczoru rozłożył nogi i poprosił, żebym zrobiła mu kanapki.

Zrobiłam zdjęcia wiadomości swoim telefonem. Ręce trzęsły mi się tak bardzo, że kilka wyszło nieostrych.

Kiedy wrócił, dzieci były u mojej siostry, Magdy.

Położyłam przed nim oba telefony.

— Od roku?

Najpierw spojrzał na pawlacz. Dopiero potem na mnie.

— Grzebałaś w moich rzeczach?

— Od roku, Paweł?

Usiadł. Potarł twarz dłońmi.

— To nie wygląda tak, jak myślisz.

Przeczytałam mu wiadomość o formalnościach. Potem tę, w której obiecywał Marcie, że po świętach odejdzie.

— Których świętach? Bo przy ostatnich obierałam jajka obok twojej matki, a ty mówiłeś, że jesteś szczęściarzem.

Zaczął płakać. Nigdy wcześniej nie widziałam go takiego, nawet po śmierci ojca. Przez sekundę chciałam podejść. Naprawdę chciałam.

Potem powiedział, że odsunęłam go od siebie. Że zawsze byłam zmęczona. Dzieci, praca, rachunki.

— A kto miał nie być zmęczony? — krzyknęłam. — Ty w soboty odpoczywałeś u niej. Ja zmieniałam pościel i woziłam Antka do ortodonty!

Nie pamiętam wszystkiego z tej nocy. Pamiętam zimną herbatę, ból szczęki od zaciskania zębów i to, że przespałam dwie godziny przy zapalonym świetle.

Wyprowadził się po tygodniu do wynajętej kawalerki. Przez te siedem dni proponował terapię, prosił o czas, obiecywał zerwać kontakt z Martą. Powiedziałam, że nie umiem już przy nim zasnąć.

Dzieciom oznajmiliśmy razem, że będziemy mieszkać osobno. Antek zapytał, czy tata zabiera konsolę. Zosia nie powiedziała nic. Wieczorem znalazłam ją płaczącą pod kołdrą.

Najgorzej było potem, kiedy skończyły się wielkie rozmowy, a trzeba było zapłacić czynsz.

Paweł przelał mniej, niż ustaliliśmy.

— Muszę przecież opłacić wynajem.

Patrzyłam na listę: rata, prąd, obiady, ortodonta. Skreśliłam swój abonament na ćwiczenia, potem zajęcia plastyczne Zosi. Nad tą drugą pozycją siedziałam długo.

Umówiłam bezpłatną poradę prawną i zaczęłam zbierać rachunki na potrzeby sprawy o alimenty. Magda odbiera Antka dwa razy w tygodniu, żebym mogła brać dodatkowe godziny.

Mama mówi, że może powinnam mu wybaczyć, dla dzieci. Nie odpowiadam od razu. Sama czasem tęsknię za nim tak mocno, że otwieram naszą rozmowę i zaczynam pisać.

Potem kasuję wiadomość.

Nie wiem, kto przysłał róże. Wiem za to, że w piątek Zosia zapytała, czy możemy znowu spokojnie zjeść kolację, bez czekania na tatę.

Chciałabym kiedyś umieć wybaczyć, choćby po to, żeby mniej bolało. Ale czy wybaczenie musi oznaczać, że mam go z powrotem wpuścić do domu?