Pomiędzy młotem a kowadłem — opowieść kobiety zagubionej między oczekiwaniami matki i teściowej
– Znowu nie zdążyłaś do mnie zadzwonić, Kasiu – powiedziała moja mama, zanim jeszcze przyłożyłam słuchawkę do ucha. Słyszałam w jej głosie rozczarowanie, a w tle, przez cichy trzask jej starego radia, poczułam znajome ukłucie winy. Ostatni raz odwiedziłam ją dwa tygodnie temu, bo pracowałam po godzinach, a potem dzieci rozchorowały się naraz i wieczorami padałam na twarz. Ale dla mamy każda wymówka to tylko wymówka.
– Mamo, wiem, że ostatnio rzadko bywam, ale wiesz, jak jest. Praca i dzieci, i jeszcze te korki… – próbowałam. W połowie zdania usłyszałam, jak mama kręci głową, choć nic nie mówi.
– Agnieszka, każda matka znajduje czas – rzuciła cięto. Czułam, jak pod skórą narasta frustracja, ale powstrzymałam się. Po prostu przytaknęłam, żeby nie zaczynać kolejnej kłótni.
Telefon odłożyłam niespokojna, a w żołądku poczułam znajomy ciężar. Minęło piętnaście minut, nim usłyszałam drugi dzwonek. Tym razem – numer pani Marii, mojej teściowej.
– Kasieńko, kochanie, czy mogłabyś mi jutro zrobić zakupy? Ten mój syn znowu nie ma czasu, a przecież wiesz, jakie mam trudności z kręgosłupem. I gdybyś mogła mi pomóc z komputerem, bo nie mogę wejść na konto bankowe – wtrąciła wszystko na jednym wydechu, nie czekając na moją odpowiedź.
Poczułam, jak w gardle ściska mi się gula. Oczywiście pomogę. Oczywiście przyniosę jej chleb, mleko, te ulubione obwarzanki i spróbuję naprawić przeglądarkę, choć ostatnim razem trwało to godzinę. Przecież nie mogę odmówić.
Przez cały dzień chodziłam jak lunatyczka. Odbierałam dzieci z przedszkola, gotowałam obiad, rozplątywałam awanturę o ciasteczka, a w głowie układałam już trasę między mieszkaniem mamy i teściowej, listę zakupów dla jednej, płyn do naczyń dla drugiej, zagubione dokumenty na półce w kredensie, które obie przekładały kilka razy.
Wieczorem uznałam, że muszę wytłumaczyć się mężowi. – Marek, nie daje rady. Obie dzwonią, wymagają ode mnie wszystkiego na raz. Gdy jestem u jednej, druga zaraz pyta, czemu nie wpadłam do niej. Nie pamiętam, kiedy miałam dzień wolny tylko dla siebie.
Popatrzył na mnie znad gazety. – Przesadzasz. Są samotne, więc chcą cię mieć blisko. Myślałem, że zrozumiesz. Moja mama cię uwielbia, zawsze o tobie mówi – rzucił bez refleksji.
Poczułam, jak złość miesza się we mnie z bezsilnością. Bo przecież to zawsze „twoja mama” albo „moja mama” – żadna nie jest nasza. A ja? Ja jestem trochę ich, trochę twoja, trochę dzieci, tylko nigdy nie czuję, że jestem sobą.
Następnego dnia znowu siedziałam w ciasnym autobusie między torbami z zakupami. Telefon dzwonił na zmianę – mama pytała, czy wpadnę na herbatę po drodze, bo od rana pada deszcz, a ona czuje się samotna; teściowa, czy pamiętam o parówkach w wersji „delikatnej”, bo na inne nie może patrzeć. Popatrzyłam przez okno i zobaczyłam swoje odbicie. Spuchnięte oczy, włosy związane w niechlujny kocyk, kurtka schlapana deszczem i zmęczona twarz, która prawie mnie nie przypominała.
Pierwsza była mama. Siedziała w swoim fotelu pod oknem, zaczytana w krzyżówkach. Przywitała mnie cichym uśmiechem, ale od razu rzuciła: – Jesteś blada, nie dbasz o siebie, dziecko. Kiedy ostatni raz zrobiłaś badania? Znowu za mało śpisz, wiem. Jak ty to wszystko ogarniasz, naprawdę nie rozumiem. I pamiętaj, żeby nie zapominać o obiedzie dla dzieci.
Słuchałam jej litanie i czułam, jak pulsuje mi głowa. – Mamo, ja naprawdę się staram. Może mogłabyś czasem zadzwonić też do Ani albo do wujka? – powiedziałam, ale wiedziałam, że zaraz usłyszę ripostę:
– Ania ma swoje sprawy, a do wujka nie wypada. To ty jesteś moją jedyną córką.
Nie odpowiedziałam nic. Ucałowałam ją na pożegnanie i wyszłam z uczuciem upokorzenia. Znowu nie zrobiłam wszystkiego, jak należy.
Wieczorem u teściowej usiadłam na kanapie, otoczona zapachem gotowanej zupy. – Oj, Kasiu, dobrze, że przyszłaś. Ty to masz głowę na karku, w przeciwieństwie do Marka. On to tylko pracować potrafi albo w piłkę grać. Ale żeby tak do mamy częściej zadzwonić? Nie. Tylko ty zawsze się pamiętasz.
Westchnęłam w duchu. – Pani Mario, może trzeba porozmawiać z Markiem? On przecież też może pomóc z zakupami, nie tylko ja.
– E tam, chłopak zarobiony, nie ogarnie takich rzeczy. Poza tym z tobą zawsze mi raźniej – powiedziała z uśmiechem. Uśmiechnęłam się blado i spojrzałam na zegarek.
Wracając wieczorem do domu, czułam się jak w klatce. Drukowane w głowie głosy: powinnaś, musisz, tylko ty to zrobisz dobrze… Zazdrościłam koleżankom, które miały matki mieszkające daleko albo teściowe z drugiego końca Polski, z którymi kontakt ograniczał się do świątecznych kartek. Zastanawiałam się, jakby to było żyć tylko dla siebie. I czy kiedyś odważę się powiedzieć „nie”.
Marek siedział w salonie i zerknął na mnie bez zrozumienia, kiedy usiadłam obok niego zapadając się w poduszki.
– Jeszcze żyję. I pewnie jutro będę żyć i dla ciebie, i dla nich. Pytanie tylko – czy kiedyś przestanę istnieć dla siebie? Ilu jeszcze kawałków mogę się rozdawać, zanim nie zostanie już nic?
Czasem myślę, że chyba najtrudniej jest być kobietą pomiędzy dwiema samotnościami – matki i teściowej. Czy ktoś inny też czuje się tak, jakby stale tańczył na linie, nie wiedząc, na którą stronę spadnie?