Granice miłości: Historia Marii o szacunku i samoszacunku
— Maria, gdzie idziesz?! — wykrzyczał Paweł, a ja już stałam w przedpokoju, czułam łzy piekące pod powiekami i tylko modliłam się, żeby nie zacząć płakać na jego oczach. Była dwudziesta druga, wieczór listopadowy, a ja wyskakiwałam na klatkę schodową w samej cienkiej kurtce. Dawno nie czułam się tak obco we własnym domu. „To jest ten moment” — powtarzałam sobie — „albo siebie uratujesz, albo zostaniesz tu, gdzie już powoli przestajesz istnieć”. Paweł, mój chłopak od pięciu lat, znów przekroczył granicę. Znów sprawił, że poczułam się winna za coś, za co nie odpowiadałam. Znów zignorował moje prośby, wyśmiał mój ból, a potem próbował mnie przekonać, że wymagam zbyt wiele, że ze mną nie da się żyć.
Wszystko zaczęło się niewinnie. Poznaliśmy się na uczelni w Toruniu: on — uśmiechnięty, zabawny, błyskotliwy, potrafił zaczarować każdą rozmowę. Ja — cicha, skromna, czułam się przy nim naprawdę widziana. Po paru miesiącach już mieszkałam u niego, a on opowiadał znajomym o „naszym szczęściu”. Ale z czasem w jego oczach coraz rzadziej widziałam czułość, a coraz częściej niecierpliwość i złość. Komentarze w stylu: „Po co komu twoje studia — i tak pewnie zaraz zajdziesz w ciążę i będzie po karierze”, „Znowu spotykasz się z tą swoją z pozoru świętą koleżanką?