Gry za wielkie pieniądze: Jak jedna decyzja mojej córki wywróciła nasze życie do góry nogami

– Zosia! – krzyknąłem, patrząc na ekran bankowości internetowej, gdzie czerwonymi literami świecił się minus. – Czy ty coś kupowałaś przez internet?

Moja córka, ośmioletnia Zosia, stała w drzwiach kuchni z opuszczoną głową. W dłoniach ściskała pluszowego misia, tego samego, którego dostała ode mnie na szóste urodziny. W jej oczach widziałem strach i coś jeszcze – poczucie winy, którego nie powinno znać żadne dziecko.

– Tato… ja tylko chciałam mieć te diamenty w grze… – wyszeptała.

Zamarłem. W głowie miałem mętlik: złość, rozczarowanie, bezradność. Przez chwilę nie mogłem wydusić z siebie słowa. Przecież zawsze pilnowałem, żeby nie podawać jej hasła do karty. Ale wystarczyło jedno moje roztargnienie, jeden wieczór, kiedy zostawiłem portfel na stole.

– Wiesz ile to kosztowało? – spytałem drżącym głosem.

Zosia pokręciła głową. Łzy zaczęły spływać po jej policzkach. – Przepraszam, tato… Ja nie wiedziałam…

Usiadłem ciężko na krześle. Na koncie brakowało prawie dwóch tysięcy złotych. Dla mnie – samotnego ojca po rozwodzie – to była niemal połowa miesięcznych dochodów. Przez chwilę miałem ochotę krzyczeć, ale widząc Zosię skuloną w kącie kuchni, poczułem tylko pustkę.

Wtedy zadzwonił telefon. To była moja była żona, Marta.

– Piotrze, co się dzieje? Zosia napisała mi SMS-a, że płaczesz…

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Jak wytłumaczyć jej, że nasza córka – nasza mała dziewczynka – w kilka kliknięć zrujnowała nasz budżet? Jak przyznać się do własnej bezradności?

– Musimy porozmawiać – powiedziałem tylko i rozłączyłem się.

Wieczorem usiedliśmy razem przy stole. Zosia milczała, Marta patrzyła na mnie z wyrzutem.

– Piotrze, jak mogłeś zostawić kartę na wierzchu? Przecież ona jest dzieckiem!

– A ty myślisz, że nie wiem? – odburknąłem. – Ale może gdybyś była częściej w domu zamiast w pracy do nocy…

– Nie zaczynaj! – przerwała mi ostro. – To nie jest jej wina. To my zawiedliśmy jako rodzice.

Zosia zaczęła płakać jeszcze głośniej. Wtedy zrozumiałem: nasze kłótnie tylko pogarszają sprawę. Przecież ona potrzebuje teraz wsparcia, a nie kolejnych oskarżeń.

W nocy długo nie mogłem zasnąć. Przewracałem się z boku na bok, analizując każdy szczegół tego dnia. Czy mogłem temu zapobiec? Czy powinienem był lepiej pilnować Zosi? A może to ja jestem winny, bo sam często uciekałem w świat internetu, zamiast spędzać z nią czas?

Rano postanowiłem działać. Najpierw zadzwoniłem do banku i zgłosiłem nieautoryzowane transakcje. Potem napisałem do supportu gry – bez większych nadziei na zwrot pieniędzy, ale musiałem spróbować.

Najtrudniejsze było jednak spojrzeć Zosi w oczy.

– Chodź tu, córeczko – powiedziałem cicho.
Usiadła obok mnie na kanapie.
– Wiesz, że bardzo cię kocham? Nawet jeśli zrobiłaś coś złego.
Zosia skinęła głową i wtuliła się we mnie mocno.
– Ja już nigdy tak nie zrobię… Obiecuję!
– Wiem. Ale musimy razem nauczyć się lepiej rozumieć świat tych gier. I ustalić zasady.

Przez kolejne dni rozmawialiśmy dużo o internecie, o pieniądzach i o tym, jak łatwo można się pogubić w cyfrowym świecie. Zosia oddała swój tablet na tydzień i pomagała mi w domowych obowiązkach – to była jej forma przeprosin.

Marta przychodziła częściej. Zaczęliśmy rozmawiać spokojniej, bez wzajemnych pretensji. Ustaliliśmy jasne zasady korzystania z urządzeń i wspólnie szukaliśmy sposobów na spędzanie czasu offline.

Ale mimo tych wszystkich działań nie mogłem pozbyć się poczucia winy. Czy naprawdę zrobiłem wszystko, żeby ją ochronić? Czy nie zawiodłem jako ojciec?

Pewnego wieczoru Zosia przyszła do mnie z rysunkiem: narysowała naszą trójkę trzymającą się za ręce pod wielkim słońcem.
– Tato, już nie jesteś smutny?
Uśmiechnąłem się przez łzy.
– Już nie. Bo najważniejsze jest to, że jesteśmy razem.

Dziś wiem, że ta historia mogła przydarzyć się każdemu rodzicowi. Żyjemy w czasach, gdy dzieci szybciej uczą się obsługi smartfona niż wiązać buty. Ale czy potrafimy je nauczyć odpowiedzialności za swoje decyzje?

Czasem zastanawiam się: czy potrafimy wybaczyć sobie własne błędy i zacząć od nowa? A może najtrudniejsze jest właśnie to – przyznać się do słabości i poprosić o pomoc?