Tydzień Bez Snu: Jak Zniknięcie Mojego Męża Rozbiło Naszą Rodzinę

— Gdzie on jest?! — krzyknęłam, rzucając telefon na stół. Zosia, moja sześcioletnia córka, spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami, jakby chciała zapytać: „Mamo, czy wszystko będzie dobrze?” Ale ja nie miałam odpowiedzi. Był czwartek, czwarty dzień bez snu, bez wiadomości od Pawła. Zniknął w niedzielę wieczorem, zostawiając po sobie tylko niedopitą kawę i niedokończoną rozmowę.

Wszystko zaczęło się od kłótni. Oczywiście, jak zwykle o pieniądze. Paweł stracił pracę dwa miesiące temu, a ja próbowałam utrzymać dom na pensji nauczycielki. On coraz częściej siedział w ciszy, patrzył w okno, a ja coraz głośniej mówiłam o rachunkach i przyszłości. W niedzielę wieczorem powiedziałam coś, czego żałuję do dziś: „Może lepiej by było, gdybyś po prostu zniknął!”

Nie sądziłam, że potraktuje to dosłownie.

Od tamtej pory nie spałam. Każdy dźwięk na klatce schodowej sprawiał, że serce podchodziło mi do gardła. Telefon milczał. Policja powiedziała, że dorosły człowiek ma prawo zniknąć. Mama przyjechała z Radomia i od progu zaczęła: — Mówiłam ci, żebyś go nie naciskała! On był zawsze taki delikatny…

— Mamo, to nie moja wina! — wybuchłam. — Nie możesz mnie za wszystko obwiniać!

Zosia tuliła się do mnie mocno. — Mamusiu, wróci?

Nie wiedziałam. Nie wiedziałam nic.

Każdego dnia próbowałam funkcjonować normalnie. Odprowadzałam Zosię do przedszkola, szłam do szkoły uczyć dzieci o Mickiewiczu i Sienkiewiczu, a potem wracałam do pustego mieszkania. Wszędzie widziałam ślady Pawła: jego kubek z napisem „Najlepszy Tata”, sweter rzucony na fotel, zapach jego wody kolońskiej w łazience.

Wieczorami mama siedziała przy stole i szeptała do telefonu z ciotką Haliną: — Ona go wykończyła… Tyle na niego zwaliła…

Chciałam krzyczeć. Chciałam uciec. Ale nie mogłam — Zosia potrzebowała mnie bardziej niż kiedykolwiek.

Piątej nocy nie wytrzymałam. Zadzwoniłam do jego siostry, Magdy.

— Magda, czy Paweł się do ciebie odezwał?

— Nie… Ale wiesz, on ostatnio był jakiś inny. Może potrzebował odpocząć? — odpowiedziała cicho.

— Odpocząć?! Zostawił dziecko! — łzy napłynęły mi do oczu.

— Może ty też powinnaś odpocząć…

Zawiesiłam słuchawkę. Wszyscy widzieli moją winę.

Szósta noc była najgorsza. Leżałam na kanapie i patrzyłam w sufit. Przypominałam sobie nasze początki: jak poznaliśmy się na juwenaliach w Lublinie, jak śmialiśmy się z byle czego, jak obiecywaliśmy sobie, że zawsze będziemy razem. Gdzie to się wszystko rozpadło? Czy naprawdę można przegapić moment, w którym ktoś zaczyna znikać?

Rano mama postawiła mi kawę na stole.

— Musisz być silna dla Zosi — powiedziała łagodniej niż zwykle.

— A dla siebie? — zapytałam cicho.

Spojrzała na mnie z wyrzutem.

— Ty zawsze myślisz tylko o sobie…

Nie odpowiedziałam. Wyszłam na balkon i patrzyłam na szare bloki wokół. W jednym z okien sąsiadka Wiesia podlewała kwiaty. Życie toczyło się dalej, jakby nic się nie stało.

Siódmego dnia zadzwonił telefon. Numer nieznany.

— Anka? — głos Pawła był cichy i zmęczony.

Zamarłam.

— Paweł?! Gdzie jesteś?!

— Musiałem wyjechać… Potrzebowałem czasu… Przepraszam…

— Wiesz, co zrobiłeś Zosi? Co zrobiłeś mnie? — głos mi się załamał.

— Nie umiałem inaczej… Wszystko mnie przerosło…

Chciałam krzyczeć, płakać, prosić go o powrót i jednocześnie wyrzucić go z pamięci na zawsze. Ale powiedziałam tylko:

— Jeśli wrócisz, musimy wszystko zmienić. Inaczej nie dam rady.

Rozłączył się bez słowa.

Mama weszła do pokoju.

— To był on?

Pokiwałam głową.

— Wróci?

Nie wiedziałam. Ale wiedziałam jedno: już nigdy nie będę tą samą osobą.

Wieczorem usiadłam przy łóżku Zosi i pogładziłam ją po włosach.

— Mamusiu, tata wróci?

— Nie wiem, kochanie… Ale obiecuję ci jedno: już nigdy nie zostawię cię samej.

Czasem myślę: czy można uratować rodzinę, jeśli wszyscy są już poranieni? Czy lepiej pozwolić odejść tym, którzy chcą odejść? Co wy byście zrobili na moim miejscu?