Wszystko, co pozostało niewypowiedziane: Historia Krzysztofa Piotrowicza
– Pan Krzysztof Piotrowicz? – głos w słuchawce był obcy, formalny, jakby czytał z kartki. – Dzwonię z Domu Opieki „Złota Jesień” w Otwocku. Pański ojciec, Stanisław Piotrowicz, jest w ciężkim stanie. Powinien pan przyjechać.
Imię Stanisława Piotrowicza przez chwilę nie wywołało we mnie żadnej reakcji. Brzmiało jak odległy dźwięk, przytłumiony latami, niby echo z opuszczonej ulicy, na której bawiłem się jako dziecko. Dopiero po chwili pamięć, niczym pękający lód, dała o sobie znać: ojciec. Ten sam, który pewnego dnia po prostu wyszedł z domu i już nie wrócił.
Odłożyłem słuchawkę i przez długą chwilę siedziałem nieruchomo na kuchennym krześle. Wokół mnie panował porządek, który sam sobie narzuciłem – sterylne blaty, równo ustawione kubki, cisza. Moja żona, Marta, weszła do kuchni i spojrzała na mnie pytająco.
– Kto dzwonił?
– Dom opieki. Ojciec… jest chory. Chcą, żebym przyjechał.
Marta milczała przez chwilę. Wiedziała, jak bardzo ten temat mnie boli. – Pojedziesz?
Nie odpowiedziałem od razu. W głowie miałem tylko jedno pytanie: po co? Po co wracać do człowieka, który przez lata był dla mnie tylko cieniem?
Ale pojechałem. Droga do Otwocka była długa i pełna wspomnień, które próbowałem zakopać głęboko w sobie. Przypominałem sobie zapach starego mieszkania na Pradze, dźwięk klucza przekręcanego w zamku, krzyk matki i trzask drzwi. Miałem wtedy trzynaście lat.
W domu opieki powitała mnie pielęgniarka o łagodnych oczach. Zaprowadziła mnie do pokoju ojca. Leżał na łóżku, wychudzony, z siwą brodą i oczami wbitymi w sufit. Przez chwilę nie był pewien, kim jestem.
– Krzysiek? – zapytał cicho.
Skinąłem głową. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Przez lata wyobrażałem sobie tę scenę setki razy – czasem krzyczałem na niego, czasem płakałem, czasem po prostu wychodziłem bez słowa. Teraz nie potrafiłem wydusić z siebie ani jednego zdania.
– Przepraszam – powiedział w końcu ojciec. – Wiem, że nie zasługuję na twoją obecność.
W mojej głowie rozbrzmiewały słowa matki: „Twój ojciec nigdy nie potrafił być odpowiedzialny”. Pamiętałem jej łzy i nocne rozmowy przez ścianę. Pamiętałem też swoje własne milczenie – nigdy nie zapytałem go dlaczego.
Usiadłem na krześle obok łóżka. Ojciec patrzył na mnie z niepokojem.
– Dlaczego odszedłeś? – zapytałem w końcu cicho.
Zacisnął powieki. – Bałem się… wszystkiego. Twojej matki, życia, siebie samego. Myślałem, że jeśli odejdę, będzie wam łatwiej.
Poczułem wściekłość. – Łatwiej? Myślisz, że było łatwiej patrzeć na matkę, która płakała każdej nocy? Że było łatwiej dorastać bez ojca?
Ojciec odwrócił wzrok. – Nie umiałem inaczej.
Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Słyszałem tylko tykanie zegara i swój własny oddech.
– Próbowałem cię znaleźć – powiedział nagle ojciec. – Pisałem listy do twojej matki, ale nigdy nie odpisała. Chciałem cię zobaczyć…
– Nigdy ich nie dostałem – przerwałem mu ostro.
Zapanowała niezręczna cisza. Wtedy zrozumiałem: przez całe życie żyliśmy wśród niedopowiedzeń i przemilczeń. Każdy z nas miał swoją wersję wydarzeń, swoje rany i swoje winy.
Wyszedłem z pokoju roztrzęsiony. Na korytarzu zadzwoniła do mnie Marta.
– I jak?
– Nie wiem… On jest taki słaby…
– Może to ostatnia szansa, żeby coś sobie wyjaśnić? – zapytała cicho.
Wróciłem do pokoju ojca jeszcze tego samego dnia. Siedzieliśmy razem przez kilka godzin. Opowiadał mi o swoim życiu po odejściu – o pracy na budowie w Gdańsku, o samotnych świętach w wynajmowanych pokojach, o tym, jak codziennie żałował swojej decyzji.
– Chciałbym cię przeprosić za wszystko – powiedział na koniec. – Ale wiem, że to za mało.
Patrzyłem na niego długo. Widziałem w nim człowieka złamanego przez życie, ale też mojego ojca – tego samego, który kiedyś uczył mnie jeździć na rowerze i robił najlepsze naleśniki na świecie.
– Nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć – powiedziałem szczerze. – Ale mogę spróbować.
Ojciec uśmiechnął się słabo. – To wszystko, o co mogę prosić.
Odwiedzałem go jeszcze kilka razy przez następne tygodnie. Rozmawialiśmy coraz więcej – o przeszłości, o moim życiu, o tym, czego żałujemy najbardziej. Zrozumiałem wtedy, jak wiele rzeczy pozostało między nami niewypowiedzianych i jak bardzo te przemilczenia nas poraniły.
Kiedy zadzwonili do mnie z domu opieki po raz ostatni, wiedziałem już, co usłyszę. Pojechałem tam sam i pożegnałem się z ojcem w ciszy.
Dziś często myślę o tym wszystkim, co zostało niewypowiedziane między nami. Czy gdybyśmy wcześniej odważyli się rozmawiać szczerze, nasze życie wyglądałoby inaczej? Czy można naprawdę wybaczyć komuś całe lata bólu i samotności? Może czasem wystarczy jedno słowo… a może nigdy nie jest za późno na rozmowę.