Mój mąż wystawił mi rachunek za wspólne życie – historia o miłości, pieniądzach i zdradzonej bliskości
– To wszystko? – zapytałam, patrząc na niego z niedowierzaniem. Michał, mój mąż od trzynastu lat, siedział naprzeciwko mnie przy kuchennym stole, trzymając w ręku wydrukowaną kartkę. Na niej widniały rzędy cyfr, daty, opisy: „zakupy spożywcze – 320 zł”, „wakacje w Kołobrzegu – 1800 zł”, „prezent na urodziny teściowej – 150 zł”.
– Tak, wszystko. Uważam, że powinnaś mi to oddać – powiedział spokojnie, jakby właśnie zamawiał pizzę przez telefon.
W tamtej chwili poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu. Przez trzynaście lat dzieliliśmy życie, łóżko, radości i smutki. Wspólne śniadania w niedzielę, wieczorne rozmowy przy winie, kłótnie o drobiazgi i pojednania w łóżku. A teraz on podliczył to wszystko i zamienił na rachunek.
– Michał, żartujesz? – wyszeptałam, czując jak łzy napływają mi do oczu.
– Nie żartuję. Skoro chcesz się rozwieść, to chcę odzyskać to, co włożyłem w ten związek – odpowiedział bez cienia emocji.
Zawsze myślałam, że jesteśmy normalną rodziną. Może nie idealną – bo kto jest? – ale przecież kochającą się. Mamy dwójkę dzieci: Zosię i Antka. Ostatnio było między nami coraz gorzej. Michał coraz częściej wracał późno z pracy, ja byłam zmęczona domem i dziećmi. Kłóciliśmy się o drobiazgi: kto wyniesie śmieci, kto zapomni kupić mleko. Ale nigdy nie sądziłam, że dojdziemy do tego punktu.
W głowie zaczęły mi się przewijać sceny z ostatnich miesięcy. Jego milczenie przy kolacji. Mój płacz w łazience, gdy dzieci już spały. Jego nieobecność nawet wtedy, gdy był obok. Może powinnam była wcześniej zauważyć sygnały? Może powinnam była walczyć bardziej?
– Michał… – zaczęłam cicho. – Naprawdę uważasz, że nasze życie można wycenić?
Spojrzał na mnie chłodno:
– Ty już dawno przestałaś mnie kochać. Ja tylko chcę sprawiedliwości.
Zacisnęłam pięści pod stołem. Chciałam krzyczeć, rzucić czymś o ścianę, ale tylko siedziałam i patrzyłam na niego jak na obcego człowieka.
Wróciłam myślami do dnia naszego ślubu. Michał był wtedy taki szczęśliwy. Obiecywaliśmy sobie miłość na dobre i na złe. A teraz siedzimy naprzeciwko siebie jak dwójka księgowych rozliczających wspólną firmę.
W nocy nie mogłam zasnąć. Słyszałam cichy płacz Zosi przez ścianę – pewnie znów miała koszmar. Michał spał w salonie od kilku tygodni. Wstałam i poszłam do kuchni. Na stole leżała ta przeklęta faktura. Przeczytałam ją jeszcze raz od początku do końca. Każda pozycja bolała jak cios.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie mama.
– Co się dzieje, Aniu? Michał był u nas wczoraj wieczorem… Wyglądał na bardzo zdenerwowanego.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przez chwilę milczałam.
– Mamo… On chce ode mnie pieniędzy za wszystko, co razem przeżyliśmy.
Mama westchnęła ciężko:
– Dziecko… Pieniądze to nie wszystko. Ale czasem ludzie zapominają o tym, co najważniejsze.
Przez kolejne dni próbowałam rozmawiać z Michałem. Prosiłam go o szczerą rozmowę, o terapię małżeńską, o cokolwiek. On tylko powtarzał:
– Nie ma już czego ratować.
Dzieci zaczęły zauważać napiętą atmosferę w domu. Zosia pytała:
– Mamo, dlaczego tata już z nami nie je kolacji?
A ja nie umiałam odpowiedzieć.
Pewnego wieczoru usiadłam z Michałem przy stole.
– Chcesz rozwodu? Dobrze. Ale nie oddam ci tych pieniędzy. Bo to nie są twoje pieniądze – to jest nasze życie. Nasze dzieci, wspólne chwile, nawet te złe dni… Nie da się tego wycenić.
Spojrzał na mnie długo i ciężko westchnął:
– Może masz rację… Ale ja już nie potrafię inaczej.
Rozwód był bolesny i długi. Michał walczył o każdy grosz, o każdy mebel, o każdy weekend z dziećmi. Ja walczyłam o spokój dla siebie i dla nich.
Po wszystkim zostałam sama w pustym mieszkaniu z dwójką dzieci i tysiącem pytań bez odpowiedzi. Czy mogłam coś zrobić inaczej? Czy można było uratować to małżeństwo?
Czasem patrzę na tę fakturę – schowałam ją na dnie szuflady – i myślę: czy naprawdę wszystko w życiu da się przeliczyć na pieniądze? Czy miłość to tylko suma wydatków?
Może ktoś z was zna odpowiedź…