Teściowa powiedziała, że syn ma wobec niej dług. Zapytałam, ile jeszcze lat mamy go spłacać
— Gdyby nie my, Piotrek nie miałby dzisiaj nic — powiedziała teściowa, podsuwając mi talerz sernika.
Odłożyłam widelczyk. Pod stołem ściskałam telefon z wiadomością od dentystki: leczenie trzeba rozpocząć szybko, koszt dwóch pierwszych wizyt — tysiąc czterysta złotych.
— A dzięki wam my też nic nie mamy — odpowiedziałam.
Piotr złapał mnie za kolano. Za mocno.
— Marta, nie teraz.
Ale właśnie wtedy. Bo godzinę wcześniej jego matka poprosiła o kolejne tysiąc dwieście złotych. Podobno na leki i zaległy prąd.
Mieszkaliśmy w wynajmowanych dwóch pokojach pod Łodzią. Ja pracowałam w rejestracji przychodni, Piotr był magazynierem. Nie głodowaliśmy. Tylko wiecznie coś odkładaliśmy: moje zęby, wymianę pralki, krótki urlop. O dziecku mówiliśmy już prawie wyłącznie: „jak staniemy na nogi”.
Jego rodzicom pomagaliśmy od szesnastu miesięcy, odkąd teść stracił pracę po operacji kręgosłupa. Najpierw pięćset złotych. Potem osiemset. Później kwoty zmieniały się zależnie od awarii, niedopłaty albo recepty.
Zrobiłam zestawienie przelewów. Wyszło prawie dwadzieścia tysięcy.
— Oni mnie utrzymywali przez dziewiętnaście lat — mówił Piotr, kiedy próbowałam rozmawiać.
— Byłeś ich dzieckiem, nie pożyczkobiorcą.
Wtedy zaciskał szczękę. Znałam ten ruch. Oznaczał koniec rozmowy.
Przez pierwsze miesiące sama przypominałam mu, żeby zapytał ojca o rehabilitację. Zawoziłam zakupy, gotowałam zupę na dwa dni. Nie chciałam zostawiać ich bez pomocy. Potem zaczęłam zauważać, że każda nasza poprawa natychmiast staje się ich nagłą potrzebą.
Premia Piotra? Zepsuty bojler. Mój dodatek za zastępstwa? Niedopłata za ogrzewanie.
Na tamten obiad poszłam już z bólem zęba, po dwóch nieprzespanych nocach.
— Wykorzystujesz go — powiedziałam do teściowej. — Wiesz, że ci nie odmówi.
Halina odsunęła talerz.
— Uważaj na słowa. Kiedyś sama będziesz matką.
— Może. Jeśli kiedykolwiek będzie nas na to stać.
Teść patrzył w okno. Piotr wstał tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o ścianę.
— Jedziemy.
W samochodzie powiedział, że upokorzyłam jego matkę. Płakałam ze złości, nie umiałam nawet wyjąć chusteczki z paczki.
— A mnie wolno upokarzać? Mam prosić cię o zgodę na dentystę, kiedy ty robisz przelew po jednym telefonie?
— Nie przesadzaj.
To mnie zabolało najbardziej. Nie pieniądze. To, że mój ból nazwał przesadą.
Przez trzy dni rozmawialiśmy o chlebie, śmieciach i godzinach pracy. Spałam odwrócona do ściany. W środę zadzwoniła jego siostra, Zosia.
Chciała zapytać, czy dołożymy się do fotografa na jej wesele.
— Mama dała nam osiem tysięcy, ale wszystko strasznie podrożało — rzuciła.
Usiadłam na brzegu wanny.
— Kiedy dała?
— W zeszłym tygodniu. Nie wiedziałaś?
Nie wiedziałam.
Piotr też nie. Przynajmniej tak wyglądał, kiedy mu powtórzyłam. Najpierw sprawdził historię przelewów, jakby cyfry mogły mu to wyjaśnić. Potem zadzwonił do matki na głośniku.
— Te pieniądze dla Zosi. Skąd je miałaś?
— Odkładałam.
— A my płaciliśmy wam rachunki?
— Chciałam, żeby córka miała porządne wesele. Ty już jesteś urządzony.
Spojrzał na suszarkę z praniem stojącą między stołem a kanapą.
— Mamo, ja nie mam nawet własnej pralki. Ta jest właściciela mieszkania.
Potem długo słuchał. Słyszałam tylko urywki: niewdzięczność, poświęcenie, żona nastawia przeciwko rodzinie.
— Marta nie wiedziała o tej rozmowie — powiedział w końcu. — To ja pytam.
Pierwszy raz nie zasłonił się mną.
Nie przestaliśmy pomagać z dnia na dzień. Teść naprawdę potrzebował leków, a jego renta była niska. Umówiliśmy się na spotkanie z rachunkami, decyzją o rencie i listą wydatków. Halina uznała to za kontrolę. Jerzy przyniósł teczkę.
Okazało się, że część zaległości była prawdziwa. Były też raty za telewizor i pożyczka na wesele Zosi.
— Ja o tych ośmiu tysiącach nie wiedziałem — powiedział teść cicho.
Wstyd mi było patrzeć, jak siedzi skulony nad dokumentami. Ale nie zamierzałam już płacić za to, żeby nikt nie musiał się wstydzić.
Ustaliliśmy trzysta złotych miesięcznie przez pół roku, bez dodatkowych przelewów. Piotr pomógł ojcu złożyć wniosek o dodatek mieszkaniowy. Zosia dowiedziała się, skąd brała się hojność matki.
Halina przez miesiąc nie odbierała ode mnie telefonu. Piotr nadal miał wyrzuty sumienia. Czasem siadał z komórką w ręce, a ja bałam się zapytać, czy znowu prosiła.
Ale umówiłam dentystę. Na naszym koncie zostało pierwsze sześćset złotych oszczędności. Niewiele, a sprawdzałam saldo kilka razy.
Nadal chcę pomagać jego rodzicom. Tylko czy naprawdę musimy najpierw sami potrzebować pomocy, żeby wolno nam było powiedzieć: dość?