Mama kazała mi wybierać między nią a mężem. Wyjechaliśmy do Warszawy, ale rodzinne konflikty zabraliśmy ze sobą
— Jeśli wyjdziesz z nim przez te drzwi, nie wracaj do mnie z płaczem.
Mama stała w przedpokoju z moją torbą w rękach. Wysypała ją na podłogę. Bielizna, ładowarka, zdjęcie babci. Paweł przykucnął i zaczął zbierać rzeczy, a ja patrzyłam na jego kark i myślałam, że jeszcze wczoraj obiecywaliśmy sobie, że będziemy rodziną.
Miałam dwadzieścia sześć lat, on dwadzieścia osiem. Ślub cywilny wzięliśmy w piątek, przy dwóch świadkach. Zamiast wesela były pierogi w barze i ciasto z cukierni. Żadne z rodziców nie przyszło.
Moja mama, praktykująca katoliczka, mówiła o naszym małżeństwie „ta cała umowa”. Paweł wychował się w rodzinie ewangelickiej. Jego ojciec uważał, że syn stracił rozsądek, wiążąc się z dziewczyną, która nie chce należeć do żadnego Kościoła.
Byliśmy już razem trzy lata. Paweł nadal wierzył, ja miałam coraz więcej pytań. Potrafiliśmy o tym rozmawiać. Nasze rodziny potrafiły głównie rozmawiać za nas.
— To przez niego odsunęłaś się od Boga — powtarzała mama.
— Ona cię odciągnie od wszystkiego, czego cię nauczyliśmy — ostrzegał jego ojciec.
Nikt nie pytał, czy jesteśmy szczęśliwi.
Do Warszawy pojechaliśmy autobusem. Mieliśmy siedem tysięcy oszczędności, pracę dla Pawła w serwisie technicznym i obietnicę rozmowy w drogerii dla mnie. Wynajęliśmy kawalerkę na Bródnie. Po kaucji i pierwszym czynszu zostało nam tyle, że przez tydzień przeliczaliśmy nawet pomidory.
Pierwszej nocy jedliśmy makaron z garnka, siedząc na podłodze.
— Teraz już będzie spokojnie — powiedział Paweł.
Przytaknęłam. Chciałam w to wierzyć bardziej, niż wierzyłam.
Mama dzwoniła codziennie. Nie pytała o mieszkanie. Pytała, czy byłam w kościele i czy Paweł nadal „upiera się przy swoim”. Jego ojciec wysyłał długie wiadomości o obowiązkach syna. Teściowa pisała krócej: „Tata przez ciebie nie śpi”.
Odbieraliśmy te telefony w łazience, żeby drugie nie słyszało. Potem wracaliśmy do pokoju z takimi samymi uśmiechami, że aż głupio było patrzeć.
Pracę dostałam po trzech tygodniach. Wstawałam przed piątą, wracałam z opuchniętymi nogami. Paweł brał dodatkowe dyżury. Mijaliśmy się przy suszarce z praniem i pytaniu, czy zostało mleko.
Kiedy przyszło rozliczenie za ogrzewanie, zabrakło nam ośmiuset złotych.
Wtedy zobaczyłam przelew.
Paweł otworzył konto, żeby sprawdzić wypłatę. Na ekranie była kwota: tysiąc dwieście złotych. Odbiorca: jego ojciec.
— Co to jest?
Zamknął laptop.
— Pomogłem im. Zepsuł się piec.
— Z naszych oszczędności?
— Oddadzą.
— A za co zapłacimy rachunek?
Milczał. Stałam w kurtce, z reklamówką ziemniaków w ręce. Pamiętam, że uchwyt wrzynał mi się w palce, ale nie mogłam jej odstawić.
— Prosił, żebym ci nie mówił — powiedział w końcu.
To zabolało bardziej niż pieniądze.
— Czyli on nadal decyduje, co ja mogę wiedzieć we własnym domu?
Paweł uderzył dłonią w blat.
— To mój ojciec! Mam go zostawić bez ogrzewania?
— A mnie możesz zostawić z zaległym rachunkiem, byle on się na ciebie nie obraził?
Poszłam spać na podłodze, choć mieliśmy tylko jedną kołdrę. Przyniósł mi ją nad ranem. Sam usiadł przy stole.
Przez dwa dni odzywaliśmy się do siebie tylko w sprawach zakupów.
W niedzielę zadzwoniłam do mamy. Chciałam usłyszeć jej głos. Zwyczajnie. Zapytać, co ugotowała, czy zakwitł grudnik.
Usłyszała, że płaczę.
— Wiedziałam. Wracaj, zanim będzie za późno.
— Mamo, pokłóciliśmy się. To nie znaczy…
— Nie tłumacz go. Normalny katolicki dom wygląda inaczej.
Rozłączyłam się bez pożegnania. Potem długo siedziałam z telefonem przy uchu.
Wieczorem powiedziałam Pawłowi o tej rozmowie. On opowiedział, że ojciec, dziękując za pieniądze, zapytał, czy „wreszcie zaczął stawiać żonie granice”.
Paweł płakał pierwszy raz od naszego ślubu.
— Ja ciągle czekam, aż powie, że dobrze wybrałem — wyszeptał.
Przysunęłam krzesło. Nie przytuliłam go od razu. Nadal byłam zła.
Następnego dnia ustaliliśmy, że większe wydatki omawiamy razem. Paweł poprosił ojca o termin zwrotu. Usłyszał, że robi się wyrachowany. Ja powiedziałam mamie, że kończę rozmowę za każdym razem, gdy obraża mojego męża.
Kończyłam ją cztery niedziele z rzędu.
Teraz czasem pyta o moją pracę. Teściowa przysłała nam słoiki ogórków. Ojciec Pawła nadal nie oddzwonił. Nie wszystko się naprawiło. My też jeszcze uczymy się mówić sobie prawdę, zanim zrobi się z niej awantura.
Tęsknię za mamą, nawet kiedy wiem, że dobrze zrobiłam, odkładając słuchawkę. Czy można kochać rodziców i nie pozwalać im wybierać nam życia?