Mieliśmy kupić większe mieszkanie i urządzić pokój dla dziecka. Paweł za nasze oszczędności kupił dwie kawalerki, a jedną oddał swojej matce
— Kupiłem dwie kawalerki. Jedna będzie dla mamy — powiedział Paweł, jakby informował mnie, że zmienił opony w samochodzie.
Stałam w kuchni z jego telefonem w ręce. Na ekranie widniała wiadomość od notariusza i zdjęcie dwóch kompletów kluczy. Przez chwilę słyszałam tylko kapanie kranu.
— Za co je kupiłeś?
Nie odpowiedział od razu. Oparł dłonie o blat i spuścił wzrok.
— Za nasze oszczędności.
Poczułam, jak robi mi się gorąco. Na koncie mieliśmy prawie trzysta trzydzieści tysięcy złotych. Odkładaliśmy je przez siedem lat. Ja brałam dodatkowe zlecenia księgowe, Paweł pracował po godzinach. Odmawialiśmy sobie wakacji, nowego samochodu, nawet głupiego wyjścia do restauracji.
Wszystko po to, żeby sprzedać nasze ciasne dwa pokoje na łódzkim Widzewie i kupić mieszkanie z dodatkowym pokojem. Tym, w którym miało stanąć dziecięce łóżeczko.
— Przecież jutro mieliśmy oglądać to mieszkanie przy parku — wyszeptałam.
— Marta, posłuchaj. Te kawalerki były okazją. Jedną wynajmiemy, a mama zamieszka w drugiej. Jej czynsz zjada pół emerytury.
— A ja? Ja nie jestem twoją rodziną?
Paweł westchnął, jakbym to ja robiła problem.
— Nie przesadzaj. To inwestycja. Za kilka lat będziemy mieli więcej.
Wtedy coś we mnie pękło. Nie chodziło tylko o pieniądze. Przez ostatnie dwa lata odkładaliśmy starania o dziecko, bo Paweł ciągle powtarzał, że najpierw musimy mieć miejsce. Ja miałam trzydzieści pięć lat i coraz bardziej się bałam, że nasze „później” nigdy nie nadejdzie.
— Twoja matka wiedziała?
Milczał.
To milczenie zabolało najmocniej.
Zadzwoniłam do Krystyny. Odebrała po drugim sygnale.
— Martusiu, nie denerwuj się. Paweł chciał dobrze.
— Od kiedy pani wie?
— Od paru miesięcy. Ale prosił, żebym nic nie mówiła. Bał się, że nie zrozumiesz.
Roześmiałam się, choć miałam łzy w oczach. Oboje uznali, że łatwiej mnie oszukać, niż ze mną porozmawiać.
— To były również moje pieniądze.
— Pieniądze nie są najważniejsze — odpowiedziała. — Matkę ma się jedną.
Rozłączyłam się. Ręce trzęsły mi się tak mocno, że telefon spadł na podłogę.
Paweł próbował mnie objąć, ale się cofnęłam.
— Nie dotykaj mnie. Wiedziałeś, ile znaczył dla mnie ten pokój.
— Przecież jeszcze możemy mieć dziecko.
— Gdzie? Między suszarką na pranie a twoim biurkiem?
Zaczął mówić, że mieszkania będą naszą przyszłością, że wynajem pokryje koszty, że jego matka całe życie się poświęcała. Każde zdanie brzmiało rozsądnie osobno. Razem układały się w jedną prawdę: zaplanował nasze życie beze mnie.
Spakowałam torbę. Kilka bluzek, kosmetyki, dokumenty. Paweł chodził za mną po mieszkaniu.
— Naprawdę wyjdziesz przez dwie kawalerki?
Odwróciłam się do niego.
— Nie. Wyjdę dlatego, że w twojej głowie nie mam prawa decydować o własnej przyszłości.
U rodziców spałam w swoim dawnym pokoju. Mama, Jadwiga, postawiła obok łóżka herbatę i nie zadawała pytań. Dopiero rano usiadła przy mnie.
— Można wybaczyć złą decyzję — powiedziała. — Ale najpierw trzeba zobaczyć, czy on rozumie, co naprawdę zrobił.
Paweł dzwonił kilkanaście razy. Potem napisał, że Krystyna już planuje przeprowadzkę i nie może jej teraz zawieść. Nawet wtedy bardziej martwił się jej rozczarowaniem niż tym, że jego żona nie wróciła na noc.
Po trzech dniach przyjechał do moich rodziców. Stał w przedpokoju z bukietem tulipanów.
— Sprzedam tę drugą kawalerkę — powiedział. — Z czasem odbudujemy oszczędności.
— A tę dla mamy zostawisz?
— Marta, ona już powiedziała wszystkim, że się przeprowadza.
I znowu chodziło o nią. O jej wygodę, wstyd przed sąsiadkami, obietnicę syna. Moje zaufanie miało poczekać.
Nie wiem jeszcze, czy wrócę. Kocham Pawła, ale pierwszy raz zobaczyłam, że miłość bez szacunku potrafi być tylko ładnym słowem.
Czy można odbudować małżeństwo, jeśli jedna osoba podejmuje najważniejsze decyzje za oboje? I czy powinnam walczyć o nas, skoro Paweł wciąż nie rozumie, dlaczego odeszłam?