Wróciłam od rodziców i postawiłam mężowi ultimatum. Jego brat urządził sobie życie w naszym mieszkaniu
— Grzebałeś w mojej szufladzie?! — krzyknęłam, stojąc w sypialni z bielizną rozsypaną po podłodze.
Kamil nawet nie podniósł się z łóżka. Leżał pod naszą kołdrą, z telefonem w ręce, jakby to był jego pokój.
— Szukałem ładowarki. Nie przesadzaj, Marta.
Wtedy wszedł Paweł. Spojrzałam na niego, pewna, że tym razem zareaguje. Że każe bratu wyjść z sypialni i przeprosić.
— Marta, on nie zrobił tego specjalnie — westchnął. — Rodzina jest najważniejsza. Kamil nie ma teraz gdzie mieszkać.
To zdanie słyszałam od dwóch tygodni.
Kamil stracił wynajmowany pokój, bo zalegał z czynszem. Paweł zapowiedział, że brat zatrzyma się u nas na kilka dni. Zgodziłam się. Mieliśmy niewielkie, dwupokojowe mieszkanie na kredyt, ale nie chciałam zostawić człowieka bez pomocy.
Pierwszego wieczoru ugotowałam zupę pomidorową. Drugiego pożyczyłam Kamilowi pieniądze na bilet miesięczny. Trzeciego znalazłam jego mokry ręcznik na stole w kuchni, a puste puszki po piwie pod kanapą.
Po tygodniu przestał pytać, czy może brać jedzenie. Zjadał przygotowane przeze mnie obiady, używał moich kosmetyków i palił przy otwartym oknie, choć prosiłam, żeby wychodził na balkon. Kiedy wracałam z pracy, telewizor grał tak głośno, że słyszałam go już na klatce schodowej.
Najgorsza była jednak utrata prywatności. Kamil wchodził bez pukania. Siadał z nami podczas każdej rozmowy. Raz przeczytał wiadomość, która wyświetliła się na moim telefonie, i rzucił przy kolacji:
— To ten twój kierownik ciągle do ciebie pisze? Paweł, pilnuj żony.
Zaśmiał się. Paweł też.
Mnie nie było do śmiechu.
Próbowałam rozmawiać z mężem wieczorami. Za każdym razem kończyło się tak samo.
— Daj mu czas — mówił Paweł. — Ma ciężki okres.
— A ja? Ja nie mam ciężkiego okresu?
— Ty przynajmniej masz dom.
Te słowa zabolały najbardziej, bo właśnie przestawałam go mieć.
Po awanturze o szufladę spakowałam torbę. Paweł stał w przedpokoju z założonymi rękami.
— Naprawdę robisz taką scenę przez ładowarkę?
— Nie przez ładowarkę. Przez to, że jestem tu najmniej ważna.
Nie zatrzymał mnie. Kamil siedział w kuchni i jadł kanapkę z szynką, którą kupiłam na śniadanie do pracy.
Pojechałam do rodziców pod Radomiem. Mama pościeliła mi łóżko w moim dawnym pokoju, a tata niczego nie wypytywał. Tylko wieczorem postawił przede mną herbatę i powiedział:
— Pomagać rodzinie trzeba. Ale nie wolno przy tym krzywdzić drugiej osoby.
Przez trzy dni Paweł wysłał mi dwie wiadomości. W pierwszej zapytał, gdzie są worki na śmieci. W drugiej napisał, że zachowuję się dziecinnie.
Czwartego dnia zadzwoniła sąsiadka. Powiedziała, że poprzedniej nocy z naszego mieszkania słychać było muzykę i krzyki. Kamil zaprosił kolegów. Ktoś zwymiotował na wycieraczkę piętro niżej.
Coś we mnie wtedy pękło, ale nie tak jak wcześniej. Nie rozpłakałam się. Poczułam spokój.
Wróciłam następnego ranka. W mieszkaniu śmierdziało papierosami. Na blacie stały butelki, a mój kubek ślubny leżał rozbity w zlewie.
Paweł wyszedł z sypialni zaspany.
— No, wreszcie. Możemy przestać robić ten cyrk?
Położyłam na stole kartkę.
— Kamil ma siedem dni na wyprowadzkę. Do tego czasu sprząta po sobie, nie wchodzi do sypialni i nie urządza imprez. Ty oddajesz mi pieniądze, które wziąłeś ze wspólnego konta na jego długi. Potem idziemy na terapię małżeńską.
— Stawiasz mi ultimatum?
— Stawiam granice. Jeśli ich nie przyjmiesz, wyprowadzam się na stałe.
Kamil pojawił się w drzwiach kuchni.
— Wiedziałem, że będzie chciała skłócić braci.
Paweł spojrzał na niego, potem na rozbity kubek. Długo milczał. Po raz pierwszy nie ruszyłam mu z pomocą. Nie tłumaczyłam, nie łagodziłam sytuacji.
— Masz tydzień — powiedział w końcu do brata.
Kamil trzasnął drzwiami. Paweł usiadł przy stole i ukrył twarz w dłoniach. Nie poczułam ulgi. Jeszcze nie. Wiedziałam, że jedno zdanie nie naprawi tygodni upokorzeń.
Zostałam, ale już nie za cenę własnej godności. Czy naprawdę trzeba odejść z domu, żeby najbliższa osoba zauważyła, że od dawna nie czujemy się w nim jak u siebie?