Przez lata finansowałem rodzicom remont „rodzinnego domu”. Kiedy straciłem przez to ukochaną, pierwszy raz powiedziałem: dość

— Jak nie przelejesz pięciu tysięcy do piątku, fachowcy zejdą z budowy — powiedział ojciec. — I nie patrz tak na mnie. Ten dom kiedyś będzie twój.

Stałem w kuchni z telefonem przy uchu i patrzyłem na arkusz z oszczędnościami. Miałem dokładnie pięć tysięcy trzysta osiemdziesiąt złotych. To, co odłożyłem przez cztery miesiące na wkład własny.

— Tato, nie mam — odpowiedziałem.

— Masz. Tylko znowu robisz problemy.

W tle usłyszałem mamę.

— Powiedz mu, że dach sam się nie zrobi! Przecież to rodzinny majątek!

To zdanie słyszałem od lat.

Mam na imię Michał. Mam trzydzieści cztery lata i pracuję w hurtowni instalacyjnej pod Poznaniem. Zarabiam przyzwoicie, ale nie tyle, żeby utrzymywać dwa gospodarstwa. Wynajmowałem z Kasią dwupokojowe mieszkanie. Czynsz, opłaty, paliwo, jedzenie. Do tego co miesiąc przelewałem rodzicom dwa tysiące, czasem trzy.

Najpierw był piec. Potem okna, elewacja, szambo, ogrodzenie. Zawsze coś pilnego.

Rodzice mieszkali w domu po dziadkach pod Kaliszem. Ojciec miał emeryturę, mama też dostawała świadczenie. Nie głodowali. Jednak każdą większą rzecz nazywali „inwestycją dla mnie”. Kiedy próbowałem odmówić, mama przypominała, ile kosztowały moje studia i że ojciec woził mnie kiedyś na dworzec.

Płaciłem, bo czułem się winny. Bo dobry syn pomaga. Tak mnie wychowano.

Kasia długo milczała. Aż pewnego wieczoru położyła na stole wydruk z banku.

— Michał, przez dwa lata wysłałeś im ponad pięćdziesiąt tysięcy.

— To też będzie kiedyś moje.

— Kiedyś? A nasze życie kiedy się zacznie?

Nie umiałem odpowiedzieć. Patrzyła na mnie, zaciskając palce na kubku. Mieliśmy oglądać mieszkanie na obrzeżach miasta. Bank wymagał wkładu, którego ciągle nie mieliśmy.

— Ja nie chcę brać ślubu z twoimi rodzicami — powiedziała cicho. — Nie chcę pytać ich o zgodę, czy możemy kupić lodówkę albo pojechać na tydzień nad morze.

Pokłóciliśmy się. Broniłem ich, choć w środku wiedziałem, że Kasia ma rację. Powiedziałem jej, że jest egoistką. Ona odpowiedziała, że ja jestem dorosłym mężczyzną, który nadal boi się matki.

Tydzień później spakowała rzeczy.

— Kocham cię, ale nie chcę tak żyć — powiedziała przy drzwiach.

Po jej wyjściu siedziałem na podłodze między kartonami. Telefon zawibrował. Mama pytała, czy zrobiłem przelew na dach.

Nawet nie zapytała, jak się czuję, choć wiedziała o rozstaniu.

Pojechałem do rodziców w sobotę. Chciałem spokojnie wyjaśnić, że przez kilka miesięcy nie dam pieniędzy. Przy stole siedziała moja młodsza siostra, Monika. Gdy wspomniałem o domu, spuściła wzrok.

— Co jest? — zapytałem.

Ojciec zaczął składać serwetkę na pół.

— Dom przepisaliśmy na Monikę — powiedział w końcu. — Żeby później nie było problemów urzędowych.

Myślałem, że źle usłyszałem.

— Kiedy?

— W zeszłym roku — odpowiedziała mama. — Ale przecież nadal jesteśmy rodziną.

Poczułem gorąco na twarzy. Przez ostatni rok wpłaciłem im prawie trzydzieści tysięcy. Finansowałem remont domu, który potajemnie oddali siostrze.

— Wiedziałaś? — spojrzałem na Monikę.

— Michał, ja ich nie prosiłam…

— Ale pieniądze ode mnie braliście wszyscy.

Ojciec uderzył dłonią w stół.

— Nie będziesz nam wyliczał! Wychowaliśmy cię!

— Nie prosiłem, żebyście robili ze mnie lokatę — odpowiedziałem. Głos mi drżał, ale pierwszy raz nie spuściłem wzroku. — Nie przeleję już ani złotówki.

Mama zaczęła płakać. Powiedziała, że Kasia nastawiła mnie przeciw rodzinie. Że jestem niewdzięczny. Że ojcu skoczy ciśnienie przeze mnie.

Wstałem i założyłem kurtkę.

— Kasia odeszła, bo ja przez lata wybierałem wasz remont zamiast naszego życia. To była moja decyzja. Teraz też podejmuję swoją.

Przez kolejne dni dzwonili po kilka razy. Potem przyszły wiadomości o niedokończonym dachu i wilgoci na strychu. Nie odpowiedziałem. Ustawiłem stały przelew, ale tym razem na własne konto oszczędnościowe.

Nie poczułem ulgi od razu. Najpierw przyszły wstyd, lęk i okropna cisza. Dopiero po miesiącu zobaczyłem, że na koncie coś zostało. Że mogę kupić jedzenie bez liczenia każdej złotówki. Zapisałem się też na rozmowę z psychologiem.

Do Kasi napisałem tylko raz. Przeprosiłem. Nie prosiłem, żeby wróciła, bo sama obietnica niczego już nie naprawi.

Czasem nadal czuję się jak zły syn. Tylko czy miłość do rodziców naprawdę powinna oznaczać rezygnację z własnego życia?

A wy — postawilibyście granicę wcześniej, czy też płacilibyście, żeby nie stracić rodziny?