Przyjąłem pod dach brata, który kiedyś miał romans z moją żoną. Po dwóch miesiącach usłyszałem, że to ja jestem bez serca

— Naprawdę zamierzasz go wyrzucić, kiedy Karolina jest w ósmym miesiącu? — Aneta stała w kuchni z mokrymi rękami i patrzyła na mnie tak, jakbym właśnie oznajmił, że wystawię ciężarną kobietę na mróz.

Paweł siedział za ścianą. Słyszałem stłumione dźwięki gry z jego telefonu. Nawet ich nie wyciszył.

— Nie wyrzucam ich dziś na ulicę — odpowiedziałem. — Daję im dwa tygodnie. Mieli zostać miesiąc, są prawie trzy.

Kiedy mój młodszy brat stracił pracę w hurtowni pod Poznaniem, zadzwonił do mnie późnym wieczorem. Właściciel mieszkania wypowiedział im umowę, bo zalegali z czynszem. Karolina płakała w tle. Paweł mówił, że nie ma do kogo pójść.

Miał. Do mnie.

Problem w tym, że sześć lat wcześniej znalazłem w telefonie Anety wiadomości od niego. Nie były niewinne. Spotykali się przez kilka tygodni, kiedy pracowałem po godzinach, żeby spłacić kredyt za nasze mieszkanie. Aneta błagała wtedy o wybaczenie. Paweł powiedział tylko, że „tak wyszło” i że nie chciał mnie skrzywdzić.

Przez dwa lata nie rozmawialiśmy. Potem zmarł ojciec. Na pogrzebie matka ścisnęła nasze dłonie i powiedziała, że ma już tylko nas. Zacząłem odpowiadać na jego telefony, ale nigdy naprawdę mu nie zaufałem.

Mimo to otworzyłem drzwi.

Karolina dostała naszą sypialnię, bo było jej ciężko wchodzić na rozkładaną kanapę. Ja z Anetą spaliśmy w salonie. Pierwszego wieczoru Paweł objął mnie i obiecał:

— Dwa, trzy tygodnie. Znajdę cokolwiek. Magazyn, budowę, dostawy. Nie będę wam siedział na głowie.

Po tygodniu przestał nawet udawać, że szuka.

Wstawał koło jedenastej. Pił kawę, jadł kanapki z szynką, którą kupowałem do pracy, i kładł się z telefonem. Gdy pytałem o wysłane zgłoszenia, odpowiadał, że wszędzie chcą doświadczenia albo oferują grosze.

— Za takie pieniądze nie opłaca się ruszać z domu — rzucił kiedyś.

Spojrzałem na rachunek za prąd. Potem na ratę kredytu i pustą prawie lodówkę.

— Tobie właśnie powinno się opłacać każde pieniądze.

Obraził się. Przez dwa dni odpowiadał mi półsłówkami.

Karolina nie była zła. Pomagała, ile mogła, chociaż puchły jej nogi. Pewnego wieczoru znalazłem ją w łazience. Siedziała na zamkniętej desce klozetowej i płakała bezgłośnie.

— On mówi, że szuka — wyszeptała. — Ale ja widzę, że się boi. Jak coś mu nie wychodzi, to ucieka.

Zrobiło mi się jej żal. To właśnie przez nią zwlekałem.

Najgorsze było jednak napięcie między Pawłem a Anetą. Nie widziałem niczego podejrzanego, ale każdy ich śmiech wbijał mi się pod skórę. Kiedy milkli, gdy wchodziłem do kuchni, od razu wracał tamten ból. Może rozmawiali o zwykłych rzeczach. Tylko skąd miałem wiedzieć?

Pewnej soboty wróciłem wcześniej z dodatkowej zmiany. Paweł leżał na kanapie z piwem. Obok stały nowe słuchawki.

— Skąd je masz?

— Kupiłem. Była promocja.

— Za co?

Wzruszył ramionami.

Okazało się, że Karolina dostała od swojej matki pięćset złotych na wyprawkę dla dziecka. Paweł wydał prawie połowę, bo, jak stwierdził, „też musi mieć coś z życia”.

Wtedy coś we mnie pękło.

— Macie dwa tygodnie na wyprowadzkę — powiedziałem.

Paweł poderwał się z kanapy.

— Wiedziałem. Tylko czekałeś, żeby się odegrać.

— Nie. Czekałem, aż zaczniesz zachowywać się jak dorosły człowiek.

— Nadal przeżywasz Anetę? Po tylu latach? To ona do mnie pisała pierwsza.

W kuchni upadł talerz. Aneta stała w drzwiach blada jak ściana.

Chciałem go uderzyć. Zamiast tego zacisnąłem dłonie tak mocno, że paznokcie przecięły mi skórę.

— Wyjdź z mojego mieszkania.

Karolina rozpłakała się. Aneta też. Paweł nazwał mnie małostkowym i powiedział, że rodzina powinna pomagać bez warunków.

— Pomoc to nie zgoda na wykorzystywanie — odpowiedziałem. — I nie będę już płacił własnym spokojem za twoje decyzje.

Przenieśli się do matki Karoliny. Tydzień później Paweł znalazł pracę przy rozładunku towaru. Czyli jednak potrafił, kiedy musiał.

Matka do dziś uważa, że powinienem był wytrzymać do porodu. Aneta mówi, że pierwszy raz od miesięcy widzi, że normalnie śpię. Ja nadal mam wyrzuty sumienia, zwłaszcza gdy myślę o Karolinie i dziecku.

Ale czy bycie rodziną oznacza, że trzeba pozwalać komuś niszczyć własny dom? Gdzie kończy się pomoc, a zaczyna zgoda na kolejną krzywdę?