Brat zażądał większej części mieszkania po mamie. Dopiero gdy powiedziałam mu, że jestem w ciąży, zrozumieliśmy jej ostatnią wolę
— Tobie się należy połowa? Za co, Agnieszka? Za trzy telefony w miesiącu?
Marek rzucił pęk kluczy na kuchenny stół tak mocno, że wyszczerbiony kubek mamy przewrócił się na bok. Stałam w jej mieszkaniu, między kredensem pachnącym kawą a lodówką oblepioną magnesami z Ciechocinka. Jeszcze tydzień wcześniej mama siedziała przy tym stole i narzekała, że tabletki są coraz droższe.
Teraz jej nie było.
— Testament mówi jasno — odpowiedziałam. — Po połowie.
— Papier mówi po połowie. Życie wyglądało inaczej.
Miał rację i właśnie to bolało najbardziej.
Marek mieszkał dwa bloki dalej. To on woził mamę do przychodni, stał w kolejkach po recepty, robił zakupy i zmieniał żarówki. Kiedy po operacji biodra nie mogła wejść do wanny, pomagał jej się myć. Ja mieszkałam w Warszawie, pracowałam w biurze rachunkowym i przyjeżdżałam raz na kilka tygodni. Zawsze z torbą zakupów, jakby droższa herbata mogła zastąpić obecność.
— Myślisz, że nie mam wyrzutów sumienia? — zapytałam.
— Wyrzuty nic nie kosztują. Ja płaciłem paliwo, leki, czasem rachunki. Przez dwa lata nie wyjechałem nawet na weekend.
Otworzył szufladę i wyjął plik paragonów spiętych gumką. Apteka, sklep medyczny, opłaty za prąd. Wszystko równo poukładane. Marek zawsze taki był. Gdy cierpiał, robił tabelkę.
Mieszkanie mamy miało czterdzieści jeden metrów. Dwa pokoje w bloku z wielkiej płyty, czwarte piętro bez windy. Do tego dwadzieścia siedem tysięcy złotych na koncie. Dla kogoś niewiele. Dla nas wystarczająco dużo, żeby przestać ze sobą rozmawiać.
Marek chciał zatrzymać mieszkanie i spłacić mnie tylko z jednej trzeciej wartości. Twierdził, że reszta należy mu się za opiekę. Ja potrzebowałam pieniędzy bardziej, niż potrafiłam mu powiedzieć. Ojciec mojego dziecka, Tomasz, odszedł dwa miesiące wcześniej, gdy zobaczył wynik badania.
„Nie jestem gotowy” — powiedział i spakował swoje rzeczy do dwóch reklamówek.
Ja też nie byłam gotowa. Ani na samotne macierzyństwo, ani na ratę za wynajmowaną kawalerkę, ani na spojrzenie brata, który już uważał mnie za egoistkę.
— Sprzedajmy mieszkanie i podzielmy wszystko zgodnie z testamentem — powiedziałam cicho.
Marek zacisnął szczękę.
— Mama przez ostatnie dni pytała o ciebie. Wiesz o tym? Codziennie mówiłem, że pewnie zadzwonisz.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż krzyk. Oparłam dłonie o stół, bo nagle zrobiło mi się słabo. Marek spojrzał na mnie uważniej.
— Co ci jest?
— Nic.
— Agnieszka, jesteś blada.
Chciałam znowu skłamać. Zamiast tego rozpłakałam się tak gwałtownie, że nie mogłam złapać oddechu.
— Jestem w ciąży — wydusiłam. — Piąty miesiąc. Tomasz odszedł. Mama wiedziała, ale prosiłam ją, żeby ci nie mówiła.
Marek zamarł. Usiadł powoli na krześle mamy i potarł twarz dłońmi.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś?
— Bo się wstydziłam. Bo ty wszystko ogarniasz, a ja nawet własnego życia nie umiem. I jeszcze przyjechałam tu kłócić się o pieniądze.
Długo milczał. Za ścianą ktoś wiercił, na klatce szczekał pies. Zwyczajne odgłosy, a mnie wydawało się, że cały świat czeka na jego odpowiedź.
W końcu Marek wstał i podszedł do kredensu. Wyjął kopertę, której wcześniej nie widziałam.
— Mama kazała mi to otworzyć, gdy zaczniemy się żreć — powiedział.
W środku była kartka zapisana jej nierównym pismem: „Dzielcie po równo. Marek dał mi swój czas, Agnieszka swoje serce, nawet jeśli była daleko. Nie pozwólcie, żeby te ściany zostały wam zamiast rodziny”.
Marek przeczytał to dwa razy. Potem usiadł obok mnie.
— Byłem wściekły — szepnął. — Nie na pieniądze. Na to, że zostałem z tym sam. I że teraz też miałem zostać sam ze sprzątaniem, sprzedażą, wszystkim.
— Nie zostaniesz. Przyjadę. Wezmę urlop, załatwię rzeczoznawcę i notariusza.
— Połowa dla ciebie, połowa dla mnie — powiedział. — Tak jak chciała mama.
Skinęłam głową. Marek położył dłoń na moim brzuchu, trochę niezręcznie.
— To będę wujkiem?
Pierwszy raz od pogrzebu oboje się uśmiechnęliśmy.
Do dziś myślę, jak blisko byliśmy utraty siebie przez czterdzieści jeden metrów i garść oszczędności. Czy rodzinną krzywdę naprawdę da się uczciwie przeliczyć na pieniądze?