Córka zażądała moich oszczędności, bo straciła pracę. Dałam jej część, ale postawiłam warunki, po których nazwała mnie wyrodną matką

— Masz sześćdziesiąt osiem tysięcy na lokacie i patrzysz, jak własna córka tonie?! — Marta uderzyła dłonią w mój kuchenny stół tak mocno, że podskoczyła cukiernica.

Stałam przy zlewie z mokrymi rękami. Za oknem listopadowy deszcz spływał po szybie, a na kuchence stygła pomidorowa. Jeszcze godzinę wcześniej czekałam na córkę z obiadem. Teraz słuchałam, jak wylicza mi moje własne pieniądze.

— Skąd wiesz, ile mam? — zapytałam.

Odwróciła wzrok.

— Widziałam wyciąg. Leżał w szufladzie.

Nie leżał. Był schowany pod dokumentami po moim zmarłym mężu, Andrzeju. Poczułam nie tylko złość. Poczułam, że ktoś wszedł mi do głowy i zaczął przestawiać meble.

Marta straciła pracę w hurtowni pod koniec sierpnia. Firma ograniczała zatrudnienie, a ona była jedną z pierwszych zwolnionych. Miała kredyt gotówkowy, raty za samochód, zaległy czynsz i kartę kredytową, o której wcześniej nie wiedziałam. Razem prawie czterdzieści tysięcy zobowiązań.

Ja przez trzydzieści siedem lat uczyłam języka polskiego w szkole podstawowej. Odkładałam po sto, dwieście złotych. Czasem więcej, gdy wpadała trzynastka. Te sześćdziesiąt osiem tysięcy nie było dla mnie majątkiem. To były moje zęby, leki, zepsuta lodówka i może prywatny lekarz, jeśli kiedyś nie będę mogła czekać pół roku.

Moja emerytura wynosiła nieco ponad trzy tysiące dwieście złotych. Po opłatach i lekarstwach zostawało niewiele.

— Nie proszę cię o fanaberię — powiedziała Marta, już ciszej. — Za chwilę odetną mi prąd. Bank wydzwania. Nie śpię po nocach.

— A szukasz pracy?

— Szukam!

— Wczoraj mówiłaś, że nie będziesz pracować w sklepie, bo to poniżej twoich kwalifikacji.

Zacisnęła usta.

— Czyli mam iść wykładać puszki, żebyś ty mogła spokojnie patrzeć na cyferki na koncie?

To zabolało. Bardziej, niż chciałam pokazać.

Przez kolejne dwa tygodnie prawie się nie odzywałyśmy. Dzwoniłam, nie odbierała. Napisała tylko, że „już wie, ile jest warta dla własnej matki”. Potem zadzwonił mój wnuk, Kuba, i zapytał, czy może u mnie odrabiać lekcje, bo w domu mama ciągle płacze.

Wtedy pękłam.

Wyjęłam lokatę, przeliczyłam wszystko trzy razy. Prawie przelałam Marcie całą kwotę. Palec wisiał nad ekranem telefonu, ale przypomniałam sobie ostatnie miesiące życia Andrzeja. Rehabilitacja, prywatne wizyty, pieluchomajtki. Gdyby nie oszczędności, musielibyśmy prosić rodzinę.

Nie chciałam kiedyś prosić Marty o pieniądze na własne leki.

Zaprosiłam ją w niedzielę. Przyszła spięta, bez makijażu, z sińcami pod oczami. Położyłam przed nią kartkę.

— Dam ci dwadzieścia pięć tysięcy.

Spojrzała na mnie tak, jakbym ją spoliczkowała.

— Przecież to nie wystarczy.

— Wystarczy na zaległy czynsz, prąd i spłatę karty. Z bankiem umówisz się na restrukturyzację kredytu. Jutro zarejestrujesz się w urzędzie pracy. Wyślesz pięć podań tygodniowo. Jeśli trzeba, podejmiesz pracę tymczasową.

— Chcesz mnie kontrolować?

— Chcę ci pomóc wyjść z długów, a nie zasypać dziurę, którą za pół roku znowu wykopiesz.

Wstała gwałtownie.

— Ojciec dałby mi wszystko.

— Twój ojciec kazał mi obiecać, że nie zostanę na starość bez grosza.

Zapadła cisza. Marta usiadła. Zakryła twarz dłońmi i pierwszy raz powiedziała prawdę. Po zwolnieniu udawała przed znajomymi, że nadal pracuje. Kupowała na kredyt, bo bała się przyznać, że sobie nie radzi. Wstyd był silniejszy niż rozsądek.

Przelałam jej dwadzieścia pięć tysięcy bezpośrednio na zaległości. Nie dałam gotówki. Obraziła się o to, ale spełniła warunki. Poszła do banku, sprzedała samochód i przyjęła pracę w sekretariacie przychodni. Zarabia mniej niż wcześniej, jednak od trzech miesięcy płaci wszystko na czas.

Nasza relacja nadal jest ostrożna. Czasem widzę w jej oczach żal. Ja też mam wyrzuty sumienia, zwłaszcza gdy mówi, że musi odmówić Kubie wycieczki szkolnej. Wtedy przypominam sobie, że miłość nie zawsze oznacza oddanie wszystkiego.

Czy postąpiłam jak rozsądna matka, czy jak egoistka pilnująca pieniędzy? Do dziś nie umiem odpowiedzieć sobie bez bólu.