Po pogrzebie męża pasierbowie postawili moje walizki pod drzwiami. Zostało mi 683 złote i pokój u siostry
— Masz czas do niedzieli. Potem wymieniamy zamki — powiedział Piotr, stawiając moje walizki przy drzwiach.
Stałam w przedpokoju jeszcze w czarnej sukience po pogrzebie Marka. Na komodzie leżała niedopita herbata, a obok jego okulary. Te same, których szukał każdego ranka. Minęło sześć dni od jego śmierci, a dzieci już dzieliły mieszkanie.
— Piotr, ja tu mieszkam od siedemnastu lat.
— Mieszkałaś z ojcem. To różnica.
Anna siedziała przy stole i nie patrzyła mi w oczy. Przesuwała palcem po kopii testamentu. Marek zapisał mieszkanie dzieciom z pierwszego małżeństwa. Mnie zostawił dwadzieścia tysięcy złotych, ale po kosztach pogrzebu, zaległym czynszu i spłacie raty na jego leczenie na moim koncie zostały dokładnie 683 złote i 12 groszy.
Nie wiedziałam o testamencie. Marek zawsze mówił: „Nie martw się, Zosiu, jesteśmy małżeństwem”. Wierzyłam mu. Gdy zachorował, zrezygnowałam nawet z dorywczego sprzątania. Woziłam go na badania, zmieniałam opatrunki, gotowałam zupy, których potem nie chciał jeść. Jego dzieci przyjeżdżały raz na kilka tygodni. Teraz znały numer każdej szuflady.
— Gdzie mam pójść? — zapytałam.
Piotr wzruszył ramionami.
— Masz siostrę.
I rzeczywiście, miałam Grażynę. Tylko że Grażyna mieszkała z mężem i dorosłym synem w trzypokojowym mieszkaniu w Radomiu. Dostałam mały pokój z rozkładaną wersalką, suszarką na pranie i szafą, która się nie domykała.
Pierwszej nocy leżałam bez ruchu, słuchając chrapania szwagra za ścianą. W reklamówce obok łóżka miałam dokumenty, dwie bluzki i zdjęcie Marka znad morza. Pomyślałam wtedy coś strasznego: że razem z nim umarłam także ja, tylko nikt nie zauważył.
Rano Grażyna postawiła przede mną kawę.
— Musisz iść do pracy.
— Wiem.
— Nie mówię tego, żeby cię wyrzucać. Tylko u nas też ciężko. Czynsz podnieśli, Andrzejowi obcięli godziny…
Zabolało, choć mówiła prawdę.
Przez lata byłam „żoną Marka”. Prowadziłam dom, pilnowałam rachunków, opiekowałam się jego chorą matką. W urzędzie pracy pani zapytała o doświadczenie zawodowe. Otworzyłam usta i nagle nie umiałam odpowiedzieć.
— Formalnie? — dopytała.
Formalnie nie miałam prawie nic.
Roznosiłam życiorysy po piekarniach, sklepach i przychodniach. W jednym sklepie kierowniczka spojrzała na mój wiek i powiedziała, że szukają kogoś „bardziej dyspozycyjnego”. W pensjonacie zaproponowano mi sprzątanie za stawkę, z której po opłaceniu dojazdów niewiele by zostało. Brałam jednak wszystko: mycie klatek schodowych, prasowanie, opiekę nad starszą panią.
Wieczorami bolały mnie ręce. Chowałam krem Grażyny do szuflady, bo wstydziłam się, że go zużywam.
Pewnego dnia zadzwoniła Anna.
— Znalazłam twoje rzeczy w pawlaczu. Mam wyrzucić?
— To są albumy i porcelana po mojej mamie.
— To odbierz do jutra.
Pojechałam. W moim dawnym salonie stały już kartony Piotra. Ze ściany zniknęło nasze zdjęcie ślubne.
— Wasz ojciec obiecał, że będę bezpieczna — powiedziałam cicho.
Anna zacisnęła usta.
— Nam też różne rzeczy obiecywał.
Dopiero wtedy zrozumiałam, że oni również nosili swój żal. Uważali, że zabrałam im ojca po rozwodzie. Tyle że za jego winy ukarali mnie.
Grażyna namówiła mnie na darmową poradę prawną. Radczyni, pani Dorota Wrona, długo czytała dokumenty.
— Testament nie oznacza, że została pani bez praw. Może pani dochodzić zachowku. I nie powinni usuwać pani z mieszkania w taki sposób.
Rozpłakałam się. Nie dlatego, że nagle zobaczyłam pieniądze. Ktoś pierwszy raz powiedział, że to, co mi zrobiono, nie było normalne.
Wysłałyśmy wezwanie do zapłaty. Piotr zadzwonił wściekły.
— Chcesz nas ciągać po sądach?
— Chcę mieć za co żyć.
— Ojciec by się ciebie wstydził.
Ręce mi drżały, ale nie odłożyłam telefonu.
— To ojciec powinien był ze mną porozmawiać.
Po dwóch miesiącach dostałam pracę w szkolnej stołówce. Wstaję przed piątą, obieram ziemniaki, wydaję obiady i wracam zmęczona. Pensja nie jest wysoka, lecz pierwszy przelew oglądałam chyba dziesięć razy. Był mój.
Sprawa o zachowek jeszcze się nie skończyła. Nadal śpię u Grażyny, odkładam każdą złotówkę i przeglądam ogłoszenia o małych kawalerkach. Czasem tęsknię za Markiem. Czasem jestem na niego potwornie zła. Te uczucia mieszczą się we mnie jednocześnie.
Czy po tylu wspólnych latach naprawdę można zostać sprowadzonym do kilku walizek? I czy walka o własne bezpieczeństwo czyni mnie chciwą, czy wreszcie odważną?