Teściowa weszła bez pukania i wyrzuciła moje zakupy. Wtedy mąż powiedział słowa, po których spakowałam walizkę
— Ty naprawdę zamierzasz tym truć mojego wnuka?! — krzyknęła Halina, wyciągając z mojej torby serek pleśniowy i paczkę gotowych pierogów.
Stałam w przedpokoju z ręką na brzuchu, mokrymi włosami i sercem tłukącym się jak oszalałe. Byłam w ósmym miesiącu ciąży. Wróciłam tylko na chwilę z łazienki, a moja teściowa zdążyła wejść do mieszkania własnym kluczem i przejrzeć zakupy.
— To są pierogi dla Marka. A sera nawet nie otworzyłam — odpowiedziałam.
— Nie tłumacz się. W ciąży trzeba myśleć.
Wyrzuciła obie rzeczy do kosza. Bez pytania.
Klucz dał jej Marek. Dowiedziałam się o tym dopiero wtedy. Kiedy wrócił z pracy, siedziałam przy kuchennym stole i płakałam. Halina zdążyła już pojechać, zostawiając na blacie słoik rosołu oraz kartkę z rozpiską tego, co powinnam jeść.
— Kasia, ona chce tylko pomóc — westchnął Marek. — Przecież jest w tym wieku, że musi się czymś zająć.
— To niech zajmie się ogródkiem, a nie moją lodówką.
Pokręcił głową, jakbym to ja była problemem.
Tak wyglądały ostatnie miesiące. Halina dzwoniła rano, żeby zapytać, czy wypiłam mleko. Pojawiała się bez zapowiedzi i zaglądała do szafek. Raz pojechała za mną do poradni na NFZ, bo uznała, że mój lekarz „jest za młody”. Innym razem kupiła używany wózek od sąsiadki, choć wcześniej wybraliśmy już model na raty.
— Tamten to fanaberia — oznajmiła. — Dziecko potrzebuje świeżego powietrza, a nie amortyzatorów za trzy tysiące.
Próbowałam stawiać granice. Mówiłam spokojnie, później coraz głośniej. Marek obiecywał, że z nią porozmawia, ale kończyło się na tym, że przywoził ją w niedzielę na obiad.
Najgorsze nie były nawet jej rady. Najgorsze było to, że zaczynałam czuć się jak inkubator. Halina mówiła „nasze dziecko”, planowała chrzciny i zapowiadała, że po porodzie zamieszka u nas przez miesiąc.
— Nie zamieszka — powiedziałam któregoś wieczoru.
Marek nie odrywał wzroku od telefonu.
— Zobaczymy. Sama możesz sobie nie poradzić.
Te słowa siedziały we mnie przez kilka dni.
Pękłam w sobotę. Składałam ubranka w komodzie, kiedy Halina weszła do pokoju z reklamówkami. Wyjęła rożek, grubą czapkę i paczkę tetrowych pieluch.
— Te pajacyki oddaj. Za cienkie. I żadnego noszenia na rękach, bo przyzwyczaisz. Dziecko musi się wypłakać, wtedy płuca pracują.
— Moje dziecko nie będzie się wypłakiwać.
— Jeszcze nic nie wiesz o wychowaniu.
Spojrzałam na Marka. Stał w drzwiach i milczał.
— Powiedz coś — poprosiłam.
Wzruszył ramionami.
— Mama wychowała dwoje dzieci. Chyba ma większe doświadczenie niż poradniki z internetu.
Zrobiło mi się gorąco. Brzuch nagle stwardniał, aż musiałam usiąść.
— Czyli po porodzie też ona będzie decydowała?
— Nie dramatyzuj.
Halina poprawiła firankę, jakby rozmowa w ogóle jej nie dotyczyła.
Wtedy coś we mnie ucichło. Nie krzyczałam. Wyjęłam walizkę i zaczęłam pakować koszule nocne, dokumenty, ładowarkę i rzeczy dla dziecka.
— Co ty robisz? — Marek wreszcie odłożył telefon.
— Jadę do taty.
— Przez kilka rad mojej matki rozwalasz małżeństwo?
— Nie. Wy rozwalacie mój spokój, a ty od miesięcy na to patrzysz.
Halina prychnęła, że hormony zrobiły ze mnie wariatkę. Marek nawet wtedy jej nie uciszył.
Tata przyjechał po mnie starym oplem. Nie zadawał pytań. Wziął walizkę, zapiął mi pas i tylko powiedział:
— U mnie nikt nie wejdzie bez pukania.
Dopiero wtedy rozpłakałam się naprawdę.
Od tygodnia śpię w swoim dawnym pokoju. Marek dzwoni codziennie. Najpierw był zły, potem zaczął przepraszać. Wczoraj napisał, że odebrał matce klucz i że chce iść ze mną do poradni rodzinnej. Nie wiem jeszcze, czy mu wierzę.
Czy musiałam odejść, żeby mój własny mąż zobaczył, że zostałam sama? I czy przeprosiny wystarczą, kiedy zaufanie pęka tuż przed narodzinami dziecka?