Wróciłam wcześniej do domu i zastałam męża z moją najlepszą przyjaciółką. Zostałam z synem, rachunkami i pytaniem, czy można wybaczyć im obojgu
— Nie wchodź! — krzyknął Paweł, ale już naciskałam klamkę. Magda siedziała na naszym łóżku i przyciskała do piersi moją kołdrę. Tę, którą wybierałyśmy razem w sobotę. Na podłodze leżał jej sweter, a obok koszula męża. Pamiętam, że najpierw pomyślałam o butach. Weszła w butach na nasz jasny dywan.
— Gdzie jest Kuba? — zapytałam.
— U mojej mamy — odpowiedział Paweł.
Nasz siedmioletni syn miał być z ojcem. Ja miałam pracować do osiemnastej, ale w przychodni padł system i kierowniczka puściła część rejestratorek wcześniej. W drodze kupiłam ciepłe drożdżówki. Nadal trzymałam je w papierowej torbie.
— Anka, to nie jest takie… — zaczęła Magda.
— Nie mów do mnie.
Paweł wciągał spodnie. Nie patrzył mi w oczy. Przez jedenaście lat małżeństwa widziałam go chorego, zapłakanego po śmierci ojca, przestraszonego przed porodem. Nigdy nie widziałam, żeby tak uparcie patrzył w podłogę.
Położyłam drożdżówki na komodzie.
— Ubierzcie się. Oboje macie wyjść.
Magda wyszła pierwsza. Nie zabrała gumki do włosów z szafki nocnej. Wyrzuciłam ją dopiero trzy dni później, chwytając przez chusteczkę, jak coś brudnego.
Paweł został w przedpokoju.
— To był jeden raz.
— Od kiedy?
Milczał.
— Od kiedy, Paweł?
— Od listopada.
Był kwiecień.
W listopadzie Magda siedziała ze mną na podłodze w łazience, kiedy płakałam po poronieniu. Trzymała mnie za rękę. Powtarzała, że mogę na nią liczyć. To wspomnienie zabolało mnie mocniej niż widok ich w łóżku.
Nie urządziłam awantury. No, nie wtedy. Zadzwoniłam do teściowej i poprosiłam, żeby Kuba został na noc. Powiedziałam, że źle się czuję. Potem zamknęłam się w łazience i wymiotowałam, chociaż od rana prawie nic nie jadłam.
Następnego dnia Paweł przyjechał z kwiatami. Stał pod drzwiami, kiedy próbowałam znaleźć synowi drugi but.
— Pójdziemy na terapię. Zrobię wszystko.
— To przesuń się, bo Kuba spóźni się do szkoły.
W samochodzie syn zapytał, dlaczego tata spał u babci.
— Pokłóciliśmy się. Będziemy teraz mieszkać osobno.
— Przeze mnie?
Zjechałam na parking pod piekarnią. Odwróciłam się do niego i powtarzałam, że nie, że absolutnie nie, aż zaczął się wiercić i powiedział, że przecież już rozumie. Ja jeszcze długo siedziałam z rękami na kierownicy.
Pozew złożyłam miesiąc później. Na wyrok czekałam osiem miesięcy. Zgodziłam się na rozwód bez orzekania o winie, choć mama mówiła, że odpuszczam mu za łatwo. Chciałam ustalić alimenty, opiekę nad Kubą i przestać spędzać każdą wolną chwilę na czytaniu jego wiadomości.
Teściowa przyniosła mi kiedyś garnek gołąbków i powiedziała:
— Mężczyźni czasem głupieją. Dziecku potrzebny jest pełny dom.
— Mnie też był potrzebny.
Postawiła garnek na blacie. Więcej tego nie powtórzyła.
Paweł wyprowadził się do wynajętego pokoju. Ja zostałam z Kubą w mieszkaniu, które wynajmowaliśmy od lat. Pierwszego miesiąca zapłaciłam czynsz, rachunki i ratę za pralkę. Do wypłaty zostało dziewięć dni i sto osiemdziesiąt złotych.
W sklepie odłożyłam kawę. Potem ser. Kubie powiedziałam, że naleśniki będą przez dwa dni, bo zrobiłam za dużo ciasta. Cieszył się. To było chyba najgorsze, ta jego zwykła radość, kiedy ja liczyłam w głowie każde jajko.
Alimenty przychodziły, ale dwa razy po terminie.
— Przecież wiesz, że ci przeleję — irytował się Paweł.
— Wiem. Tylko stołówka chce pieniądze do piątego.
W soboty zaczęłam sprzątać dwa mieszkania. Kuba zostawał wtedy z moją mamą albo z ojcem. Nie zabraniałam im kontaktu, choć kiedy syn wracał zachwycony wyprawą na basen, czasami musiałam na chwilę wyjść do kuchni. Potem wracałam i pytałam, czy już potrafi pływać bez deski.
Magda napisała po czterech miesiącach. Długi list, same wyjaśnienia. Że czuła się samotna. Że Paweł mówił, że między nami wszystko skończone. Że tęskni za naszą przyjaźnią.
Odpisałam tylko:
„Miałaś mój numer. Mogłaś zapytać”.
Zablokowałam ją. Ręce trzęsły mi się jeszcze podczas obierania ziemniaków.
Najgorsze nie były wieczory. Najgorsze były dobre wiadomości. Kuba dostał wyróżnienie w konkursie, a ja odruchowo sięgnęłam po telefon, żeby zadzwonić do niej. Innym razem zobaczyłam śmieszny kubek i pomyślałam, że kupię go Pawłowi. Takie drobiazgi ciągle mnie zaskakiwały.
Minął rok. Nadal biorę dodatkowe sprzątanie, ale zasypiam już bez sprawdzania telefonu. Ostatnio Kuba powiedział, że lubi nasze śniadania w niedzielę, bo nigdzie się nie spieszymy. Siedziałam z nim przy stole jeszcze długo po wystygnięciu herbaty.
Nie wiem, czy kiedyś im wybaczę. Czy naprawdę muszę, żeby przestać żyć tym, co mi zrobili?