Nie liczy się papier, tylko serce: Prawdziwa historia Magdy z sądu
Wszystko zaczęło się od tego jednego, zimnego rana w sądzie, kiedy moje serce biło tak głośno, że zagłuszało bezlitosne szepty sali. Sędzia spojrzała na mnie z góry, przez okulary zsunięte na czubek nosa. – Pani Magdo, czy posiada Pani stosowny dokument potwierdzający te liczne umiejętności językowe? – jej głos był lodowaty. Spojrzałam na moją wychowawczynię, panią Teresę, jedyną osobę w tej sali, która widziała, jak walczyłam o każdy dzień w polskim domu dziecka. Miałam wtedy tylko siedemnaście lat i ani jednej rzeczy należącej tylko do mnie – poza słowami, które zbierałam jak skarby z języków, które słyszałam od dzieciaków z różnych stron kraju, i od niektórych opiekunów, którzy czasem dzielili się nie tylko chlebem, ale i opowieściami.