Serce matki – kiedy miłość przekracza granice strachu

— Agnieszka, musisz podjąć decyzję. — Głos doktora Nowaka brzmiał jak wyrok. Siedziałam na zimnym krześle w szpitalnej sali, ściskając dłoń mojego męża, Piotra, tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. W mojej głowie huczało, a serce waliło jak oszalałe. — Jeśli zdecydujesz się kontynuować tę ciążę, ryzykujesz własne życie. Trojaczki to ogromne obciążenie dla twojego organizmu.

Patrzyłam na Piotra, a on patrzył na mnie. W jego oczach widziałam strach, ale i nadzieję. — Kochanie, musisz myśleć o sobie — wyszeptał, a ja poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Jak mogłam wybrać? Jak mogłam zdecydować, które z moich dzieci ma żyć, a które nie? Przecież już czułam je pod sercem, każde z nich. Każde było częścią mnie, częścią nas.

Wróciliśmy do domu w milczeniu. Mama czekała na nas w kuchni, mieszając zupę. — I co powiedzieli? — zapytała, nie patrząc na mnie. Znała odpowiedź, widziała ją w mojej twarzy. — Nie mogę… nie potrafię wybrać — wyszeptałam, a ona przytuliła mnie mocno. — Jesteś silniejsza, niż myślisz, Aga. Ale musisz być gotowa na wszystko — powiedziała cicho.

Nocą nie mogłam spać. Leżałam w łóżku, wsłuchując się w oddech Piotra. W mojej głowie kłębiły się myśli. Co, jeśli umrę? Co, jeśli zostawię Piotra samego z trójką dzieci? Co, jeśli nie przeżyją one? Czy będę mogła sobie wybaczyć, jeśli zdecyduję się na selektywną redukcję? Każda opcja wydawała się zła. Czułam się jak w pułapce.

Następne tygodnie były jak życie na bombie. Każda wizyta u lekarza była jak sąd ostateczny. — Serduszka biją, ale twoje ciśnienie rośnie — mówiła doktor Kowalska, patrząc na mnie z troską. — Musisz dużo leżeć, nie denerwować się. Ale jak się nie denerwować, kiedy wiesz, że twoje życie wisi na włosku?

Piotr starał się być silny, ale widziałam, jak nocami siedzi w kuchni, wpatrując się w ścianę. — Nie chcę cię stracić, Aga — powiedział pewnej nocy, kiedy myślał, że śpię. — Ale wiem, że nie pozwolisz nikomu skrzywdzić naszych dzieci. Jesteś uparta jak osioł. — Uśmiechnęłam się przez łzy. Może właśnie ta upartość była moją siłą?

W pracy nie rozumieli, dlaczego znikam na tyle wizyt lekarskich. Szefowa, pani Zawadzka, patrzyła na mnie z niechęcią. — Agnieszka, musisz się określić. Albo praca, albo twoje sprawy rodzinne. — Jakby to było takie proste. Jakby wybór między życiem a śmiercią był kwestią grafiku.

Najgorsze były rozmowy z rodziną. — Może powinnaś posłuchać lekarzy — mówiła ciocia Basia. — Lepiej jedno zdrowe dziecko niż troje chorych albo żadnego. — Ale jak mogłam wybrać? Każda rada bolała, każda opinia była jak sztylet. Nawet tata, zawsze opanowany, unikał tematu. — To twoje życie, Aga. Twoja decyzja. — Ale przecież nie tylko moje. To życie moich dzieci, Piotra, całej naszej rodziny.

W końcu przyszedł dzień, kiedy musiałam podjąć decyzję. Siedziałam w gabinecie doktora Nowaka, a on patrzył na mnie z powagą. — Agnieszka, czas się kończy. Jeśli zdecydujesz się kontynuować ciążę, musimy cię hospitalizować. Będziesz pod stałą opieką, ale ryzyko jest ogromne. — Spojrzałam na Piotra. — Chcę spróbować. Nie mogę inaczej — powiedziałam cicho. — Wiem, że to szaleństwo, ale nie potrafię inaczej.

Szpital stał się moim domem na kolejne miesiące. Każdy dzień był walką. Leżałam pod kroplówkami, słuchałam bicia trzech małych serduszek przez aparat KTG. Czasem rozmawiałam z nimi, głaskałam brzuch, obiecywałam, że zrobię wszystko, by je zobaczyć, choćby na chwilę. Pielęgniarki były dla mnie jak rodzina. — Dasz radę, Aga. Jesteś wojowniczką — mówiła pani Jola, podając mi herbatę.

Były dni, kiedy chciałam się poddać. Kiedy ból był nie do zniesienia, a strach paraliżował każdy ruch. — Po co mi to było? — pytałam siebie w ciemności. — Czy naprawdę jestem taka odważna, czy po prostu głupia? — Ale potem czułam kopnięcie, maleńki ruch pod sercem, i wiedziałam, że muszę walczyć dalej.

Piotr przychodził codziennie, przynosił mi zdjęcia z domu, opowiadał, jak rośnie trawa w ogrodzie, jak koty rozrabiają na parapecie. — Czekamy na ciebie, Aga. Wszyscy. — Te słowa były jak tlen.

W trzydziestym pierwszym tygodniu zaczęły się komplikacje. Ciśnienie skoczyło, serce waliło jak młot. Lekarze biegali wokół mnie, Piotr był blady jak ściana. — Musimy robić cesarskie cięcie, natychmiast — powiedział doktor Nowak. — Ryzykujemy wszystko, ale nie mamy wyboru.

Pamiętam światło na sali operacyjnej, zimne dłonie pielęgniarki, głos Piotra: — Kocham cię, Aga. Czekam na ciebie. — Potem wszystko zniknęło.

Obudziłam się w sali pooperacyjnej. Byłam słaba, bolało mnie wszystko, ale żyłam. — I dzieci? — zapytałam, zanim otworzyłam oczy. — Są. Walczą, ale są silne — powiedziała pielęgniarka. — Trzy małe wojowniki, jak ich mama.

Leżałam tam, słuchając odgłosów szpitala, i płakałam. Ze szczęścia, z ulgi, z wyczerpania. Piotr przyszedł później, trzymał mnie za rękę. — Zrobiłaś to, Aga. Jesteś najdzielniejszą kobietą, jaką znam.

Minęły tygodnie, zanim mogłam zabrać dzieci do domu. Każde z nich było inne: Zosia, najmniejsza, ale najbardziej uparta; Michał, spokojny i cichy; i Lena, zawsze uśmiechnięta. Każde z nich było cudem.

Czasem, kiedy patrzę na nich, zastanawiam się, czy podjęłam dobrą decyzję. Czy byłam odważna, czy po prostu zdesperowana? Czy każda matka byłaby gotowa oddać wszystko dla swoich dzieci? Może nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Ale wiem jedno: miłość matki nie zna granic. Czy wy też bylibyście gotowi zaryzykować wszystko dla tych, których kochacie najbardziej?