Mój mąż zaczął wracać późno i znikać na weekendy. Zignorowałam to, aż było za późno…
— Znowu wracasz po północy? — zapytałam, starając się, by mój głos nie drżał. Stałam w kuchni, w szlafroku, z kubkiem zimnej już herbaty. Andrzej nawet nie spojrzał mi w oczy. — Miałem zebranie w pracy, Grażyna. Przecież mówiłem.
Kłamał. Czułam to całą sobą, choć jeszcze wtedy nie chciałam tego przyznać. Przez trzydzieści lat byliśmy razem — ja, on i nasze dzieci: Ola i Tomek. Myślałam, że przeszliśmy już wszystko: kredyt na mieszkanie w bloku na Ursynowie, chorobę mojej mamy, bunt nastolatków. Ale teraz…
Andrzej coraz częściej znikał. Najpierw tłumaczył się nadgodzinami, potem wyjazdami służbowymi. Weekendy spędzał „na szkoleniach”, a ja zostawałam sama z pustym mieszkaniem i głuchą ciszą. Ola studiowała już w Krakowie, Tomek pracował w Gdańsku — dzwonili rzadko, zajęci własnym życiem.
Pamiętam ten wieczór, kiedy pierwszy raz poczułam prawdziwy strach. Była sobota, Andrzej miał wrócić w niedzielę wieczorem. Siedziałam na kanapie, oglądając stary album ze zdjęciami. Na jednym z nich byliśmy młodzi, uśmiechnięci — ja w białej sukience, on w garniturze pożyczonym od szwagra. Przysięgaliśmy sobie wtedy miłość na dobre i złe.
Telefon zadzwonił nagle. To była Ola.
— Mamo, wszystko w porządku? — zapytała.
— Tak, kochanie. Tylko… — zawahałam się. — Tata znowu wyjechał.
— Mamo… — jej głos był cichy. — Czy on cię nie krzywdzi?
Zamarłam. Czyżby ona też coś czuła? Odpowiedziałam szybko, że wszystko jest dobrze, ale potem długo nie mogłam zasnąć.
W pracy koleżanki pytały:
— Grażyna, czemu jesteś taka przygaszona?
— Zmęczenie — odpowiadałam wymijająco.
Ale prawda była taka, że czułam się coraz bardziej przezroczysta. Andrzej przestał mnie dotykać, rozmawiać ze mną o czymkolwiek poza rachunkami i zakupami. Czułam się jak cień we własnym domu.
Pewnego dnia znalazłam w jego marynarce paragon z restauracji w centrum Warszawy. Data: piątek wieczór. Tego dnia miał być „na delegacji” w Poznaniu.
Serce mi zamarło. Przez kilka dni chodziłam jak otępiała. W końcu zebrałam się na odwagę i postanowiłam go skonfrontować.
— Andrzej, musimy porozmawiać — powiedziałam pewnego wieczoru, kiedy wrócił do domu.
Westchnął ciężko i usiadł naprzeciwko mnie.
— O czym?
— O nas. O tym, co się z nami dzieje.
Milczał długo.
— Grażyna… Ja…
— Masz kogoś? — zapytałam prosto z mostu.
Spojrzał na mnie zaskoczony, ale nie zaprzeczył od razu. To bolało najbardziej.
— To skomplikowane — powiedział w końcu cicho.
Wybuchłam płaczem. Wszystko we mnie pękło: lata poświęceń, wspólne święta, noce spędzone przy chorych dzieciach…
— Kim ona jest? — wyszeptałam przez łzy.
— Ma na imię Iwona. Poznałem ją w pracy…
Nie pamiętam reszty rozmowy. Pamiętam tylko ból i poczucie upokorzenia. Przez kolejne dni żyłam jak w transie. Nie jadłam, nie spałam. Ola przyjechała do mnie na weekend i znalazła mnie zapłakaną na kanapie.
— Mamo, musisz coś z tym zrobić! — krzyczała przez łzy. — Nie możesz pozwolić mu tak cię traktować!
Ale co miałam zrobić? Całe życie byłam żoną Andrzeja. Nie znałam innego świata.
Tomek zadzwonił wieczorem:
— Mamo, jeśli chcesz, możesz przyjechać do mnie na jakiś czas…
Nie chciałam być ciężarem dla dzieci. Próbowałam rozmawiać z Andrzejem jeszcze raz.
— Może pójdziemy na terapię? Spróbujemy to naprawić?
On tylko pokręcił głową.
— Grażyna… Ja już podjąłem decyzję. Chcę rozwodu.
To był koniec mojego świata.
Przez kolejne tygodnie żyłam jak automat: praca-dom-praca-dom. Znajomi zaczęli mnie unikać albo patrzyli ze współczuciem. W sklepie spożywczym sąsiadka szepnęła:
— Słyszałam o Andrzeju… Trzymaj się, Grażynko.
Czułam się upokorzona i samotna jak nigdy wcześniej.
Pewnej nocy obudziłam się zlana potem po koszmarnym śnie. Wstałam i spojrzałam w lustro: zmęczona twarz, siwe włosy przy skroniach… Czy to naprawdę ja?
Zaczęły się formalności rozwodowe. Andrzej wyprowadził się do Iwony. Zabrał swoje rzeczy bez słowa pożegnania. W sądzie patrzył na mnie obojętnie, jakbym była kimś zupełnie obcym.
Po rozwodzie zostałam sama w naszym mieszkaniu na Ursynowie. Dzieci odwiedzały mnie rzadko — mieli swoje życie, swoje problemy.
Najgorsze były wieczory i niedziele. Cisza dzwoniła mi w uszach tak głośno, że czasem miałam ochotę krzyczeć.
Zaczęły się problemy zdrowotne: bezsenność, bóle głowy, ataki paniki w nocy. Lekarz rodzinny przepisał mi leki uspokajające i polecił psychologa.
Na terapii długo nie mogłam mówić o Andrzeju bez łez.
— Czuję się nikomu niepotrzebna — wyznałam któregoś dnia terapeutce.
— A czego pani pragnie dla siebie? — zapytała cicho.
Nie wiedziałam…
Minęły miesiące zanim zaczęłam powoli wracać do życia. Zapisałam się na zajęcia jogi dla kobiet 50+. Poznałam tam Halinę i Basię — obie po rozwodach, obie z podobnymi historiami.
Zaczęłyśmy spotykać się na kawie po zajęciach. Rozmawiałyśmy o wszystkim: o dzieciach, o samotności, o tym jak trudno zacząć od nowa po pięćdziesiątce.
Pewnego dnia Halina powiedziała:
— Grażyna, życie się nie kończy po rozwodzie! Może pojedziemy razem nad morze?
Pojechałyśmy we trzy do Jastarni na weekend majowy. Siedziałyśmy na plaży z kubkami gorącej herbaty i patrzyłyśmy na zachód słońca.
Poczułam wtedy pierwszy raz od dawna spokój.
Dziś minął już rok od rozwodu. Nadal boli mnie serce na myśl o Andrzeju i naszej wspólnej przeszłości. Ale nauczyłam się żyć sama ze sobą. Czasem nawet czuję wdzięczność za to doświadczenie — bo dzięki niemu odkrywam siebie na nowo.
Czy można jeszcze być szczęśliwą po pięćdziesiątce? Czy ktoś z Was też musiał budować swoje życie od początku? Jak sobie poradziliście?