Teściowa, która milczała: Prawda, której nie chciałam usłyszeć

– Mamo, możesz zostać jeszcze godzinę? – zapytałam, ledwo patrząc na zegarek, bo w jednej ręce trzymałam płaczącego Antosia, a drugą próbowałam odgrzać obiad. Teściowa, pani Halina, skinęła głową bez słowa i poszła do pokoju dzieci. Zawsze była cicha, pomocna, jakby niewidzialna. Przez lata przyzwyczaiłam się do jej obecności – była jak mebel, który stoi w kącie i nie przeszkadza. Nigdy nie narzekała, nigdy nie prosiła o nic dla siebie. Wydawało mi się, że tak właśnie powinno być.

Ale tego dnia coś było inaczej. Antoś nie chciał zasnąć, a ja byłam wykończona po nieprzespanej nocy. Mąż, Tomek, wrócił późno z pracy i nawet nie zauważył, że Halina została dłużej niż zwykle. Kiedy dzieci w końcu zasnęły, usiadłam w kuchni z kubkiem zimnej kawy i usłyszałam cichy szloch zza drzwi pokoju gościnnego. Zamarłam. To nie był głos dziecka – to była ona.

Przez chwilę stałam pod drzwiami, nie wiedząc, co zrobić. W końcu delikatnie zapukałam.

– Pani Halino… wszystko w porządku?

Cisza. Potem szelest chusteczki i cichy głos:

– Tak, wszystko dobrze.

Ale wiedziałam, że kłamie. Weszłam do środka. Siedziała na łóżku, skulona, z czerwonymi oczami. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam ją naprawdę – nie jako pomoc domową czy opiekunkę do dzieci, ale kobietę. Matkę mojego męża. Człowieka.

– Co się stało? – zapytałam cicho.

Spojrzała na mnie z wyrzutem i bólem.

– Czy ty w ogóle mnie widzisz? – zapytała nagle. – Od lat tu przychodzę, gotuję, sprzątam, opiekuję się wnukami… A ty nawet nie pytasz, jak się czuję. Czy ja jestem tylko od roboty?

Zatkało mnie. Przez chwilę nie mogłam wydusić słowa.

– Myślałam… Myślałam, że pani lubi być z dziećmi…

– Lubię – przerwała mi ostro. – Ale mam też swoje życie! Mam swoje marzenia! Chciałam pójść na kurs malarstwa, ale zawsze ktoś mnie potrzebuje bardziej niż ja sama siebie.

Poczułam się winna. Przypomniałam sobie wszystkie te razy, kiedy prosiłam ją o pomoc bez zastanowienia się, czy ma inne plany. Wszystkie te dni, kiedy zostawała dłużej, bo ja musiałam coś załatwić albo po prostu odpocząć.

– Przepraszam… – wyszeptałam.

Halina pokręciła głową.

– Nie chodzi tylko o ciebie. Tomek też nigdy nie pyta. Dla was jestem po prostu mamą na zawołanie. A ja… ja czasem czuję się niewidzialna.

Usiadłam obok niej i przez chwilę milczałyśmy razem. W głowie miałam mętlik – jak mogłam być tak ślepa? Przecież sama wiem, jak to jest być niedocenioną.

– Co mogę zrobić? – zapytałam w końcu.

Halina spojrzała na mnie łagodniej.

– Chciałabym czasem po prostu być Haliną. Nie teściową, nie babcią na dyżurze. Chciałabym mieć czas dla siebie. I żeby ktoś mnie zapytał: „Jak się dziś czujesz?”

Obiecałam sobie wtedy, że to się zmieni. Następnego dnia powiedziałam Tomkowi o naszej rozmowie. Był zaskoczony – nigdy nie pomyślał o tym w ten sposób.

– Przecież mama zawsze mówiła, że lubi pomagać…

– Bo nigdy jej nie słuchaliśmy! – wybuchłam.

Od tamtej pory zaczęliśmy inaczej traktować Halinę. Zaczęliśmy pytać ją o zdanie, zapraszać na wspólne wyjścia nie tylko jako opiekunkę do dzieci. Zorganizowaliśmy jej kurs malarstwa – pierwszy raz od lat widziałam ją tak szczęśliwą.

Ale wyrzuty sumienia zostały. Ile razy jeszcze zignoruję czyjeś potrzeby tylko dlatego, że jest mi wygodnie? Ile osób wokół nas cierpi w milczeniu?

Czasem patrzę na Halinę i zastanawiam się: czy naprawdę umiemy słuchać tych, którzy są najbliżej nas? Czy potrafimy zobaczyć człowieka tam, gdzie widzimy tylko rolę? Może warto czasem zatrzymać się i zapytać: „Jak się dziś czujesz?”