„Zakochałam się po sześćdziesiątce”: Czy naprawdę nie mam już prawa do szczęścia?
– Mamo, ty chyba żartujesz – głos Marty przeszył ciszę kuchni jak nóż. – Przecież ty masz 63 lata! Co ty sobie wyobrażasz?
Siedziałam przy stole, ściskając w dłoniach kubek z herbatą. Palce mi drżały. Krzysiek patrzył na mnie z niedowierzaniem, jakby nagle zobaczył we mnie kogoś zupełnie obcego.
– Mamo, nie chcę być niemiły, ale… – zaczął, po czym urwał i spojrzał na Martę, szukając wsparcia. – Przecież to jest… no, śmieszne. I niebezpieczne. W tym wieku ludzie już nie zaczynają takich rzeczy.
Poczułam, jakby ktoś mnie uderzył. Przez chwilę miałam ochotę wstać i wybiec z kuchni, ale zostałam. Przecież to moje dzieci. Przecież to ja ich wychowałam, tuliłam do snu, byłam przy nich zawsze, gdy płakali czy bali się ciemności. A teraz oni patrzyli na mnie jak na dziecko, które trzeba upomnieć.
Owdowiałam siedem lat temu. Andrzej był moim światem – cichy, solidny, zawsze obecny. Zniknął w kilka godzin. Zawał. Po pogrzebie dzieci przez chwilę były blisko, ale potem wróciły do siebie, do swoich spraw, rodzin, pracy. Zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Ursynowie. Dni zaczęły się zlewać w jedno – kawa rano, spacer do sklepu, telewizor, krzyżówki. Czasem telefon od Marty albo Krzyśka, rzadziej odwiedziny wnuków.
A potem pojawił się Janek.
Poznałam go na zajęciach z nordic walkingu dla seniorów. Był inny niż Andrzej – głośny, dowcipny, z błyskiem w oku. Na początku tylko rozmawialiśmy podczas spacerów po Lesie Kabackim. Potem zaprosił mnie na kawę do kawiarni przy metrze Natolin. Śmiałam się przy nim jak nastolatka. Po raz pierwszy od lat czułam się widziana.
Zaczęliśmy spotykać się coraz częściej. Janek opowiadał o swoim życiu – był wdowcem od pięciu lat, miał dorosłego syna w Gdańsku. Lubił kino i stare polskie piosenki. Pewnego dnia zaproponował wspólny wyjazd do Kazimierza Dolnego.
Wróciłam do domu rozpromieniona. Zadzwoniłam do Marty.
– Mamo, czy ty się dobrze czujesz? – zapytała po chwili milczenia, gdy opowiedziałam jej o Janku.
– Tak, czuję się świetnie! Dawno nie byłam taka szczęśliwa.
– Ale przecież… Ty masz już swoje lata! Ludzie będą gadać. Co powie ciocia Ela? A Krzysiek?
Nie odpowiedziałam wtedy nic. Ale wieczorem długo płakałam w poduszkę.
Kiedy powiedziałam dzieciom o Janku podczas niedzielnego obiadu, atmosfera zgęstniała jak śmietana w lodówce. Marta zaczęła mówić o oszustach matrymonialnych, Krzysiek sugerował, żebym uważała na swoje oszczędności.
– Mamo, przecież ty jesteś łatwowierna – powiedziała Marta z wyrzutem. – On może chcieć tylko twoich pieniędzy.
– Nie mam fortuny – odpowiedziałam cicho. – I nie jestem głupia.
Ale ich słowa bolały bardziej niż chciałam przyznać.
Przez kilka dni nie odbierałam telefonu od Janka. Siedziałam w domu i patrzyłam przez okno na szare bloki Ursynowa. Czułam się jak nastolatka ukarana za złe zachowanie.
W końcu Janek przyszedł pod moje drzwi z bukietem tulipanów.
– Co się stało? – zapytał delikatnie.
Opowiedziałam mu wszystko – o dzieciach, o ich obawach i moim strachu przed śmiesznością.
Janek uśmiechnął się smutno.
– Wiesz, Haniu… Ja też się boję. Ale jeszcze bardziej boję się zmarnować resztę życia na samotność i żal za tym, czego nie spróbowałem.
Te słowa coś we mnie przełamały.
Zaczęliśmy spotykać się znowu. Chodziliśmy razem do kina Luna na stare polskie filmy, jeździliśmy na wycieczki rowerowe po Mazowszu. Czułam się młodsza o dwadzieścia lat. Znajome z klubu seniora patrzyły na mnie z zazdrością i niedowierzaniem.
Ale dzieci nie dawały za wygraną.
Pewnego dnia Marta przyszła bez zapowiedzi.
– Mamo, musimy porozmawiać – powiedziała stanowczo. – To wszystko idzie za daleko. Ludzie gadają. Ciocia Ela mówiła mi ostatnio…
– Nie obchodzi mnie ciocia Ela! – przerwałam jej pierwszy raz w życiu podniesionym głosem. – To moje życie!
Marta spojrzała na mnie zszokowana.
– Mamo… Ja się o ciebie martwię.
– Wiem – odpowiedziałam już spokojniej. – Ale ja też mam prawo być szczęśliwa.
Po tej rozmowie Marta długo się do mnie nie odzywała. Krzysiek przestał dzwonić prawie zupełnie. Wnuki odwiedzały mnie rzadziej.
Było mi przykro, ale nie mogłam już wrócić do dawnej siebie – tej cichej, samotnej wdowy czekającej na telefon od dzieci.
Z Jankiem zaczęliśmy planować wspólne wakacje nad morzem. Po raz pierwszy od lat czułam ekscytację na myśl o przyszłości.
Czasem wieczorami nachodziły mnie wątpliwości: czy naprawdę mam prawo układać sobie życie na nowo? Czy powinnam przejmować się opinią innych? Czy dzieci kiedyś zrozumieją?
Patrzę dziś w lustro i widzę kobietę starszą niż kiedyś, ale szczęśliwszą niż przez ostatnie lata.
Czy naprawdę miłość po sześćdziesiątce to powód do wstydu? Czy szczęście ma termin ważności? Może warto czasem postawić siebie na pierwszym miejscu?