Moja teściowa przed drzwiami: Czy mam prawo do własnego spokoju?
Dźwięk dzwonka do drzwi rozdarł ciszę mojego popołudnia jak ostrze. Przez chwilę miałam nadzieję, że to tylko listonosz albo sąsiadka z dołu, która znowu pomyliła piętra. Ale nie, przez wizjer zobaczyłam znajomą sylwetkę – moją teściową, panią Halinę, z torbą zakupów i miną, która nie wróżyła niczego dobrego. „Otworzysz w końcu? Przecież wiem, że jesteś w domu!” – jej głos przebił się przez drzwi, zanim zdążyłam zebrać myśli.
Wzięłam głęboki oddech. W środku czułam narastającą falę niepokoju. Przecież miałam dziś wolne popołudnie, planowałam poczytać książkę, wypić kawę w ciszy, może nawet zdrzemnąć się na kanapie. Ale los miał inne plany. Otworzyłam drzwi z wymuszonym uśmiechem.
– Dzień dobry, mamo – powiedziałam, starając się brzmieć uprzejmie.
– Dzień dobry, dziecko. Co tak długo? – Halina weszła do mieszkania bez zaproszenia, rozglądając się krytycznie po przedpokoju. – Ojej, widzę, że znowu nie zdążyłaś umyć podłogi. A gdzie Michał?
Michał, mój mąż, był w pracy. Zawsze wtedy przychodziła – kiedy wiedziała, że będę sama. Zawsze z tym samym uśmiechem i tą samą listą uwag.
– Michał jest w pracy, wróci dopiero wieczorem – odpowiedziałam spokojnie.
– No to dobrze, przynajmniej pogadamy jak kobieta z kobietą – powiedziała i już była w kuchni, wyciągając z torby słoiki z ogórkami i domowym pasztetem.
Patrzyłam na nią bezradnie. W mojej głowie kłębiły się myśli: „Czy mam prawo powiedzieć jej, żeby wyszła? Czy mogę postawić granicę? Przecież to matka mojego męża…”
Halina zaczęła opowiadać o sąsiadce z trzeciego piętra, która ponoć zostawiła męża dla młodszego. Potem przeszła do tematu mojego gotowania:
– Wiesz, Michał mówił mi ostatnio, że tęskni za moimi pierogami. Może następnym razem ci pokażę, jak je robić? Bo te twoje… no cóż, każdy ma swój styl.
Poczułam ukłucie w sercu. Zawsze tak było – drobne przytyki, niby żarty, a jednak bolały. Próbowałam zmienić temat:
– Mamo, może napijesz się kawy?
– Kawy nie piję po południu, przecież wiesz. Lepiej herbatę. I może przewietrzysz trochę? Duszno tu strasznie.
Zacisnęłam zęby i otworzyłam okno. W głowie miałam gonitwę myśli: „Dlaczego zawsze muszę się dostosowywać? Dlaczego nie mogę po prostu odpocząć we własnym domu?”
Halina usiadła przy stole i zaczęła wypytywać o wszystko: kiedy planujemy dziecko, czy Michał na pewno dobrze zarabia, czy nie powinnam poszukać lepszej pracy. Czułam się jak na przesłuchaniu.
W pewnym momencie nie wytrzymałam:
– Mamo, czy mogłabym cię prosić, żebyś następnym razem zadzwoniła przed wizytą? Czasem mam swoje plany i chciałabym mieć chwilę dla siebie.
Halina spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
– Co ty mówisz? Przecież jesteśmy rodziną! Rodzina nie potrzebuje zaproszeń! – jej głos podniósł się o kilka tonów.
– Ale ja… ja czasem potrzebuję spokoju. To chyba nic złego?
Zapadła cisza. Halina patrzyła na mnie jak na obcą osobę.
– Nie poznaję cię. Michał wie o tym twoim… nowym podejściu?
Poczułam łzy pod powiekami. Wiedziałam, że zaraz zadzwoni do Michała i powie mu, że jestem niewdzięczna, że nie szanuję rodziny.
– Mamo, proszę cię…
– Nie musisz mnie wypraszać – powiedziała chłodno. – Już wychodzę.
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, była już w przedpokoju. Trzasnęły drzwi.
Usiadłam na kanapie i poczułam ulgę zmieszaną z poczuciem winy. Czy naprawdę zrobiłam coś złego? Czy mam prawo do własnej przestrzeni?
Wieczorem Michał wrócił do domu. Od razu wiedziałam, że coś jest nie tak.
– Mama dzwoniła – powiedział bez przywitania.
– Wiem…
– Powiedziała mi, że ją wyrzuciłaś.
– Nie wyrzuciłam jej! Po prostu poprosiłam, żeby następnym razem zadzwoniła przed wizytą…
Michał patrzył na mnie długo.
– Wiesz, ona jest samotna. Chce być blisko nas…
– A ja chcę mieć trochę spokoju! Czy to naprawdę takie dziwne?
Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. Czułam się jak winna wszystkiemu – temu, że jestem zmęczona, temu, że chcę odpocząć we własnym domu.
Następne dni były napięte. Michał był cichy i zamknięty w sobie. Ja chodziłam jak na szpilkach. Bałam się każdego dźwięku dzwonka do drzwi.
W końcu usiedliśmy razem przy stole.
– Musimy ustalić jakieś zasady – powiedziałam cicho. – Ja naprawdę potrzebuję czasem być sama. To nie znaczy, że nie lubię twojej mamy…
Michał westchnął.
– Rozumiem cię… Ale ona tego nie zrozumie.
Patrzyliśmy na siebie długo w milczeniu. Wiedziałam, że to dopiero początek trudnej rozmowy – tej o granicach w rodzinie, o szacunku dla siebie nawzajem.
Czasem zastanawiam się: czy naprawdę mam prawo do własnego spokoju? Czy w polskiej rodzinie można być sobą bez poczucia winy? Może to pytanie dotyczy nas wszystkich…