Gość we własnym domu: Historia Marii, która zamieszkała u córki i poczuła się obca
— Mamo, czy możesz nie przestawiać moich rzeczy w kuchni? — głos Agaty był spokojny, ale wyczułam w nim irytację. Stałam z kubkiem herbaty przy oknie, patrząc na szarą ulicę. Przez chwilę nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam, co powiedzieć. Przecież chciałam tylko pomóc.
Od śmierci mojego męża minęło już pół roku. Dom stał się pusty i cichy, a ja coraz częściej łapałam się na tym, że rozmawiam sama ze sobą. Agata zaproponowała, żebym zamieszkała z nią i jej rodziną. „Będzie ci raźniej, mamo. Dzieci cię potrzebują, a ja będę spokojniejsza” — mówiła. Wierzyłam jej. Spakowałam kilka walizek i zamknęłam drzwi do naszego wspólnego życia.
Na początku wszystko wydawało się proste. Pomagałam w domu, odbierałam wnuki ze szkoły, gotowałam obiady. Ale z każdym dniem coraz mocniej czułam, że jestem tylko dodatkiem do ich życia, nie jego częścią. Mój pokój był mały, z widokiem na ścianę sąsiada. Często słyszałam śmiech Agaty i jej męża, Pawła, zza zamkniętych drzwi salonu. Rzadko mnie zapraszali do wspólnych rozmów wieczorem. „Mamo, jesteś zmęczona, odpocznij” — powtarzała Agata.
Pewnego wieczoru usłyszałam ich rozmowę przez cienką ścianę. — Paweł, ona znowu przestawiła moje przyprawy! — szepnęła Agata. — Nie mogę niczego znaleźć! — Daj spokój, to twoja mama, jest jej ciężko — odpowiedział Paweł cicho. — Ale ja też mam swoje granice — dodała Agata.
Poczułam się jak intruz. Jakby mój każdy ruch był nie na miejscu. Zaczęłam unikać kuchni, przestałam gotować obiady. Siedziałam w swoim pokoju i patrzyłam na zdjęcie mojego męża. „Co ja tu robię?” — pytałam siebie w myślach.
Dzieci Agaty były zajęte swoimi sprawami. Kuba miał 14 lat i całe dnie spędzał przy komputerze. Zosia miała 10 lat i najchętniej zamykała się w swoim pokoju z książkami. Próbowałam z nimi rozmawiać, ale czułam, że jestem dla nich tylko babcią od świątecznych prezentów.
Pewnego popołudnia Zosia weszła do mojego pokoju bez pukania.
— Babciu, możesz nie mówić mamie, że jadłam chipsy? — spojrzała na mnie błagalnie.
— Oczywiście, kochanie — uśmiechnęłam się smutno.
— Dzięki! — rzuciła i już jej nie było.
Zrozumiałam wtedy, że nawet dzieci traktują mnie jak kogoś obcego. Kogoś, kto jest tu tylko na chwilę.
Najgorsze były weekendy. Wtedy cała rodzina wychodziła razem na spacery albo do kina. Czasem pytali mnie, czy chcę iść z nimi, ale widziałam w oczach Agaty cień niezadowolenia. „Może lepiej zostanę w domu” — odpowiadałam coraz częściej.
Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i zapytałam Agatę:
— Czy przeszkadzam wam?
Spojrzała na mnie zdziwiona.
— Mamo, skąd ten pomysł?
— Czuję się tu trochę… nie na miejscu.
Agata westchnęła ciężko.
— Mamo, to jest nasz dom. Mamy swoje zwyczaje, swoje rytuały… Czasem trudno nam się dostosować.
— A mi jeszcze trudniej — odpowiedziałam cicho.
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok i myślałam o tym, jak bardzo różni się życie pod jednym dachem od tego, co sobie wyobrażałam. Zawsze marzyłam o wielopokoleniowej rodzinie, o wspólnych posiłkach i rozmowach przy stole. Tymczasem czułam się jak gość we własnym domu.
Zaczęłam coraz częściej wychodzić na spacery po osiedlu. Siadałam na ławce pod blokiem i obserwowałam ludzi. Starsza pani z psem zawsze mówiła mi „dzień dobry”. Czasem przysiadała się do mnie i rozmawiałyśmy o pogodzie albo o cenach w sklepach. To były jedyne chwile w ciągu dnia, kiedy czułam się potrzebna.
Któregoś dnia spotkałam sąsiadkę z parteru, panią Halinę.
— Jak się pani tu mieszka? — zapytała życzliwie.
— Trudno powiedzieć… Czuję się trochę jak piąte koło u wozu — odpowiedziałam szczerze.
— Wie pani co? Ja też kiedyś mieszkałam u córki. To nie jest łatwe — pokiwała głową ze zrozumieniem.
Wróciłam do mieszkania z ciężkim sercem. Wiedziałam już, że nie jestem jedyna w swoim bólu. Ale to nie dawało mi ulgi.
Z czasem relacje z Agatą stawały się coraz bardziej napięte. Każda drobnostka wywoływała spięcia: źle odłożona ściereczka, za głośno nastawiony telewizor, nie ten program w pralce.
Pewnego wieczoru wybuchłyśmy obie.
— Mamo! Ja już nie mogę! Wszystko robisz po swojemu! To jest mój dom!
— A ja? Gdzie jest mój dom? — krzyknęłam przez łzy.
Agata spojrzała na mnie bezradnie.
— Nie wiem… Może powinnaś wrócić do siebie?
Te słowa bolały bardziej niż wszystko inne. Przez całą noc płakałam w poduszkę. Rano spakowałam walizkę i wyszłam z mieszkania bez słowa.
Siedzę teraz w pustym pokoju mojego starego mieszkania i patrzę na zdjęcia z dawnych lat. Zastanawiam się, czy rodzina naprawdę zawsze znaczy dom? Czy można być samotnym wśród najbliższych? Może czasem lepiej być samemu niż czuć się gościem we własnym życiu?