Niedziela, która roztrzaskała naszą rodzinę: Tajemnica, której nie mogłam dłużej ukrywać

– Mamo, poznajcie Kasię, moją narzeczoną – powiedział mój syn, Marek, z uśmiechem, który rozświetliłby nawet najbardziej pochmurny dzień. Wszyscy siedzieliśmy już przy stole, czekając na niedzielny rosół. Gdy tylko spojrzałam na dziewczynę stojącą obok niego, poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Zamarłam. Przez sekundę nie mogłam oddychać. To była ta sama Kasia, która przez lata dręczyła moją córkę Annę w szkole. Ta sama dziewczyna, przez którą Anna płakała nocami, zamykała się w swoim pokoju i przestała wierzyć w siebie.

W pokoju zapadła cisza. Anna spojrzała na mnie z przerażeniem w oczach. Widziałam, jak jej dłoń zaciska się na widelcu. Marek niczego nie zauważył – był zbyt szczęśliwy, zbyt zakochany. Mój mąż, Andrzej, zerknął na mnie pytająco, nie rozumiejąc mojego nagłego spięcia.

– Kasiu, bardzo miło cię poznać – powiedziałam drżącym głosem, starając się ukryć szok. – Skąd się znacie?

– Poznaliśmy się na uczelni – odpowiedziała Kasia, patrząc mi prosto w oczy. Jej spojrzenie było pewne siebie, niemal wyzywające. Przez chwilę miałam wrażenie, że ona doskonale wie, kim jestem i co czuję.

Obiad toczył się dalej w napiętej atmosferze. Anna niemal nie odzywała się przez cały czas. Gdy tylko skończyliśmy jeść, wymknęła się do swojego pokoju. Ja zostałam w kuchni pod pretekstem sprzątania naczyń. Ręce mi drżały tak bardzo, że prawie rozbiłam talerz.

W głowie miałam mętlik. Przypominały mi się wszystkie te wieczory, kiedy Anna wracała ze szkoły zapuchnięta od płaczu. Jak opowiadała o wyzwiskach, o tym, jak Kasia i jej koleżanki zamykały ją w toalecie albo wyśmiewały na oczach całej klasy. Ile razy próbowałam interweniować u wychowawczyni, ile razy słyszałam: „To tylko dziecięce sprzeczki”. A potem Anna zaczęła się ciąć. Znalazłam żyletki schowane pod materacem. To był najgorszy dzień mojego życia.

Teraz ta sama dziewczyna siedziała przy moim stole i śmiała się z żartów mojego syna.

Wieczorem Anna przyszła do mnie do kuchni. Miała zaczerwienione oczy.

– Mamo… co teraz? – wyszeptała.

– Nie wiem, kochanie – odpowiedziałam bezradnie. – Nie wiem.

Przez całą noc nie mogłam zasnąć. Andrzej próbował mnie uspokoić:

– Może ona się zmieniła? Może to już inna osoba?

Ale ja nie potrafiłam tak po prostu zapomnieć o wszystkim, co zrobiła mojej córce.

Następnego dnia Marek przyszedł do mnie z pytaniem:

– Mamo, dlaczego Anna tak dziwnie się zachowuje? Kasia zauważyła, że coś jest nie tak…

Patrzyłam na niego i czułam, jak serce mi pęka. Wiedziałam, że muszę podjąć decyzję: powiedzieć mu prawdę i ryzykować rozpad rodziny czy milczeć i pozwolić Annie cierpieć dalej?

Wieczorem usiadłam z Anną na łóżku.

– Chcesz, żebym powiedziała Markowi? – zapytałam cicho.

– Nie wiem… Boję się. On ją kocha. Ale ja… ja nie dam rady patrzeć na nią codziennie – wyszeptała Anna.

W końcu zebrałam się na odwagę i poprosiłam Marka o rozmowę.

– Synku… muszę ci coś powiedzieć o Kasi – zaczęłam ostrożnie.

Opowiedziałam mu wszystko: o prześladowaniach, o łzach Anny, o jej samookaleczeniach. Marek patrzył na mnie z niedowierzaniem.

– To niemożliwe… Kasia? Moja Kasia? Przecież ona jest taka dobra…

– Ludzie się zmieniają – powiedziałam łagodnie. – Ale przeszłość zostawia ślady.

Marek wybiegł z domu bez słowa. Przez dwa dni nie odbierał telefonu. Anna zamknęła się w swoim pokoju i nie wychodziła nawet na posiłki. Andrzej obwiniał mnie o to, że zniszczyłam szczęście syna.

Trzeciego dnia Kasia przyszła do naszego domu sama. Poprosiła mnie o rozmowę.

– Pani Marto… wiem, że pani mnie pamięta – zaczęła cicho. – Wiem też, co zrobiłam Annie. Nie ma dnia, żebym tego nie żałowała. Próbowałam przeprosić ją kiedyś, ale ona nie chciała mnie słuchać…

Patrzyłam na nią długo w milczeniu. Widziałam w niej dorosłą kobietę, ale też tamtą zagubioną dziewczynkę z gimnazjum.

– Czy naprawdę się zmieniłaś? – zapytałam w końcu.

– Tak… Przeszłam terapię. Wiem, że to nie naprawi tego, co zrobiłam Annie… Ale kocham Marka i chciałabym dostać szansę.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Zawołałam Annę i poprosiłam ją o rozmowę z Kasią. Dziewczyny zamknęły się w pokoju na ponad godzinę. Siedziałam pod drzwiami i słyszałam podniesione głosy, płacz… W końcu wyszły obie zapłakane.

Anna spojrzała na mnie i powiedziała:

– Mamo… ona naprawdę żałuje. Ale ja potrzebuję czasu.

Marek wrócił wieczorem do domu. Był blady i wyczerpany.

– Muszę to wszystko przemyśleć – powiedział tylko i zamknął się w swoim pokoju.

Od tamtej pory minęły dwa tygodnie. W domu panuje cisza jak przed burzą. Każdy chodzi własnymi ścieżkami, unikamy wspólnych posiłków. Nie wiem jeszcze, czy nasza rodzina przetrwa tę próbę.

Czasem zastanawiam się: czy dobrze zrobiłam? Czy prawda zawsze jest lepsza od milczenia? Czy można wybaczyć komuś krzywdy z przeszłości? Może są rzeczy, których nigdy nie da się naprawić…