Mój mąż miał być w delegacji, ale GPS pokazał szpital położniczy. Zamiast awantury, zrobiłam trzy rzeczy, które zmieniły wszystko…
– Marta, muszę jechać na delegację do Poznania, wrócę za trzy dni – powiedział Adam, pakując się w pośpiechu. Stałam w kuchni z kubkiem kawy, patrząc na niego uważnie. Ostatnio był jakiś inny: bardziej nerwowy, zamyślony, unikał mojego wzroku. Próbowałam nie doszukiwać się problemów tam, gdzie ich nie ma. Ale kiedy wychodził, zapomniał telefonu na stole.
Nie chciałam być tą żoną, która grzebie w cudzych rzeczach. Ale coś mnie tknęło. Telefon zawibrował – powiadomienie z aplikacji GPS: „Dotarłeś do celu: Szpital Położniczy im. Świętej Rodziny”. Poczułam, jak serce wali mi w piersi. Szpital położniczy? Adam? Przecież nie mamy dzieci. Przecież…
Wrócił po telefon po pięciu minutach. – Zapomniałem… – rzucił szybko i już miał wychodzić, ale zatrzymałam go wzrokiem. – Adam, czy wszystko w porządku? – zapytałam cicho. – Tak, wszystko dobrze – odpowiedział z wymuszonym uśmiechem i wyszedł.
Zostałam sama w mieszkaniu. Przez godzinę chodziłam w kółko, próbując znaleźć logiczne wyjaśnienie. Może odwiedza kogoś z rodziny? Może pomaga komuś z pracy? Ale dlaczego by mi nie powiedział? W końcu usiadłam przy stole i zaczęłam płakać.
Nie zrobiłam awantury. Nie zadzwoniłam do niego z pretensjami. Zamiast tego podjęłam trzy decyzje.
Pierwsza: muszę wiedzieć prawdę. Druga: nie będę ofiarą. Trzecia: zadbam o siebie i swoje granice.
Następnego dnia wzięłam wolne w pracy. Pojechałam pod szpital położniczy. Stałam tam godzinę, patrząc na kobiety z brzuszkami i młodych ojców z balonami „Witaj na świecie!”. W końcu zobaczyłam Adama. Wyszedł z budynku z młodą kobietą – drobną brunetką o delikatnych rysach twarzy. Trzymała w ramionach niemowlę owinięte w różowy kocyk.
Adam spojrzał na nią z czułością, jakiej nie widziałam u niego od lat. Pocałował ją w czoło i pogładził dziecko po głowie. Zrobiło mi się niedobrze.
Nie podeszłam do nich. Nie zrobiłam sceny. Wróciłam do domu i zaczęłam układać plan.
Wieczorem Adam zadzwonił: – Wszystko dobrze, kochanie? – Tak – odpowiedziałam spokojnie. – A u ciebie?
– Dobrze, właśnie kończę spotkanie.
Kiedy wrócił trzy dni później, czekałam na niego z herbatą przy stole. – Adam, musimy porozmawiać – powiedziałam bez emocji.
Zbladł.
– O czym?
– O twojej delegacji do Poznania i o szpitalu położniczym na Madalińskiego.
Zamarł. Przez chwilę myślałam, że się przewróci.
– Marta… To nie tak…
– To jak?
Usiadł naprzeciwko mnie i zaczął mówić. O tym, że dwa lata temu poznał Magdę na budowie nowego osiedla. Że była samotna, że rozumieli się bez słów. Że nie chciał mnie ranić, ale nie potrafił zakończyć tej relacji. Że dziecko to przypadek, ale nie potrafił jej zostawić samej.
Siedziałam w ciszy, słuchając jak opowiada o swoim drugim życiu. O tym, jak przez miesiące żył w kłamstwie, jak próbował pogodzić dwa światy.
– Przepraszam cię, Marta… Nie wiem, co mam zrobić…
Nie płakałam już. Byłam pusta w środku.
– Ja wiem – powiedziałam cicho.
Pierwsza decyzja: prawda wyszła na jaw.
Druga: nie będę ofiarą.
Trzecia: zadbam o siebie.
Następnego dnia spakowałam część rzeczy i pojechałam do mamy na Mokotów. Powiedziałam jej wszystko. Mama płakała razem ze mną, ale potem powiedziała: – Jesteś silna, Marto. Nie pozwól mu siebie złamać.
Adam dzwonił codziennie przez tydzień. Pisał SMS-y: „Tęsknię”, „Przepraszam”, „Nie wiem co robić”. Nie odpowiadałam.
W pracy wszyscy zauważyli zmianę. Koleżanka z biura, Kasia, zaprosiła mnie na kawę po godzinach.
– Wyglądasz jakbyś miała świat na głowie – powiedziała delikatnie.
Opowiedziałam jej wszystko.
– Wiesz co? Może to czas pomyśleć o sobie? Zawsze byłaś dla wszystkich…
Zaczęłam chodzić na jogę, zapisałam się na kurs hiszpańskiego online. Wieczorami płakałam w poduszkę, ale rano wstawałam i szłam dalej.
Po miesiącu Adam poprosił o spotkanie.
Usiedliśmy w naszej ulubionej kawiarni na Powiślu.
– Marta… Ja nie chcę cię stracić…
– Ale już mnie straciłeś – odpowiedziałam spokojnie.
Patrzył na mnie długo.
– Co teraz?
– Teraz ja decyduję o swoim życiu.
Rozwód był trudny i bolesny. Rodzina Adama próbowała mnie przekonać do wybaczenia: „Każdemu może się zdarzyć”, „Dziecko to nie koniec świata”. Ale ja wiedziałam jedno: nie chcę żyć w kłamstwie.
Minął rok. Wynajęłam małe mieszkanie na Ursynowie. Mam nowe życie: pracuję więcej niż kiedyś, ale czuję się wolna. Czasem widzę Adama na ulicy z Magdą i ich córeczką Zosią. Patrzę na nich bez żalu – to już nie moja historia.
Często pytam siebie: czy mogłam coś zrobić inaczej? Czy gdybym wtedy zrobiła awanturę albo zamknęła oczy na prawdę, byłabym szczęśliwsza?
A może czasem trzeba pozwolić światu się rozpaść, żeby móc go zbudować od nowa?
Czy wy bylibyście w stanie wybaczyć taką zdradę? Co byście zrobili na moim miejscu?